Category: Włochy

  • Sycylijski vanlife

    Sycylijski vanlife

    Podbiliśmy kolejną włoską wyspę. Legendarną Sycylię. Zrobiliśmy to w nowym, ciekawym stylu, i w nowym, podpimpowanym vanie. Przez miesiąc okrążaliśmy ją razem z naszymi kolegami z aroundthecraft.  Wynieśliśmy tym samym standard vanlife’owego podróżowania na nieznane nam wcześniej poziomy.

    Połączyliśmy siły, uderzyliśmy ze zdwojoną mocą, mieliśmy wszystkiego więcej, w tym wygody i spostrzeżeń. Wiecie jak to jest, kiedy łączymy nasze koce plażowe, z kocami znajomych, parawany z ich parawanami i samoistnie tworzy się niezdobyta, nadmorska twierdza, gdzie tyle się dzieje i połowa piasku należy już do was. Kolega koleżanki donosi jagodzianki, przyjaciółka służy kremem do opalania, a ktoś inny gazetką. Jest weselej, ale i bezpieczniej. Wrażenia się namnażają. 

    I tak było z nami. Na dwa vany, dwie kuchnie, dwa łóżka, dwa stoły, cztery krzesła i cztery umysłowości. Mężczyźni zajęli się grillowaniem, logistyką parkingową i prowadzeniem domopojazdów, a my kobietki mogłyśmy się oddać słodkiemu przeżywaniu chwil, gotowaniu na gazie i malowaniu paznokci. Podział może i staromodny, ale w trasie wciąż funkcjonalny. 

    IMG-0610-2
    IMG-0753

    Zaczęło się od plaż Kalabrii. Pierwszą noc zasypialiśmy w hipnotyzującym rytmie żabiego rechotu. Ich koncert wspomogło wypite uprzednio WC (wóda z cytryną) i szum wody z pobliskiej kaskady. Obudziliśmy się z pięknym widokiem na miasteczko Polla i mniej pięknymi, licznymi kleszczami w sierściach naszych psów. 

    Kalabryjski weterynarz zakropił i zabezpieczył psiska, a my mogliśmy bez wyrzutów rozpocząć prawdziwe dolce vita, które miało ciągnąć się blisko przez miesiąc. Pierwsze aperitivo przy plaży, brodzenie w morzu i słodki relaks w cieniu drzew piniowych. Dołóżcie do tego zwiedzanie małych, antycznych wiosek, mnogość oldskulowych zabytków i Tropeę– włoską ojczyznę czerwonej cebuli. Jako Polacy podwójnie doceniliśmy lokalną dumę z upraw i smaku tegoż warzywa. Łagodna i świeża, cieniutko pocięta, pokrywała pizzę niczym zwyczajowa mozzarella. Zeszliśmy Tropeę wzdłuż i wszerz. Położona na skalistym, morskim urwisku, z kościołem wchodzącym w wodę, realizowała najśmielsze wizje włoskich wakacji. 

    Spaliśmy pod rozgwieżdżonym niebem, w bezpiecznym dwu-vanowym obozowisku z tytułowego zdjęcia. Cykająca trawa, spadające gwiazdy i niezidentyfikowany pociąg latający na niebie (5G) to coś, czego pokoje hotelowe nie mają w ofercie. 

    Niewątpliwym plusem vanlifu połączonego, jest wzajemna motywacja do porannej gimnastyki. Razem z Emilią, co jakiś czas, wynosiłyśmy nasze maty z aut i rozrzucałyśmy je niedbale pod drzewkami oliwnymi, na piasku plażowym czy przydrożnej trawie. ASICS ludziska. Mężczyźni przy kubku kawy dywagowali nad skomplikowaną logistyką naszej wyprawy. Zajmowali się parkingami, toaletami, przystankami i innymi tego rodzaju nieistotnymi sprawami. 

    Cośmy zatem widzieli i nakazujemy wam zobaczyć? 

    Z Mesyny po przeprawie promowej wyruszyliśmy wschodnim wybrzeżem do Taorminy. Musicie tam jechać. Zaparkowaliśmy na platformowym, stromym parkingu z jednym drzewem, co dawał ulgę dwóm vanom i dodatkowo zapewniał widok na Isola Bella. Ta wyspa jest wisienką na torcie Taorminy, z ogrodem tropikalnych roślin i skalistym wybrzeżem, co sprzyja nurkowaniu z rurką. Tam Bilii skusił się na tajski masaż w stylu “harder, harder” u plażowej sprzedawczyni własnych umiejętności prosto z Azji. 

    W sklepie ceramicznym don Corleone można nabyć prawdziwe, rzemieślnicze, kolorowe cuda wianki, a w Rosticceria Antiqua zjeść najlepsze na Sycylii arancini z pistacją i mortadelą.

    Dla spragnionych krioterapii w otoczeniu śliskich, bazaltowych słupków polecamy zzucie butów i spacer korytem rzeki Alcantara. A dla amatorów ognia nocleg na jednym z parkingów pod wulkanem Etna. Tej jednej jedynej nocy wykorzystaliśmy świeżo zamontowane w vanie ogrzewanie postojowe webasto. Oczu nie zmrużyliśmy na długo. Dziwne, wulkaniczne odgłosy nie pozwalały skupić się na spaniu. Wciąż polecamy. Widowisko i słuchowisko nie lada. Do tego poranny spacer po wygasłych, otwartych kraterach z widokiem na Katanię. 

    Jak już Katania, zachęca do nagrania, to warto wspomnieć o tamtejszym markecie. Jeśli komuś brakuje wielkomiejskiego syfu i zgiełku, a przy okazji chciałby się zaopatrzyć w świeżą rybę i wszystkie możliwe warzywa po 1 euro za koszyk to this must be the place. 

    Zahaczyliśmy też o Syrakuzy, a raczej parking z widokiem na nie, gdzieśmy na skalistym wybrzeżu zgrillowali hojnie pyszne katańskie ryby. Zapomniałam dodać, że nową jakością vanlife, są nadmuchiwane kajaki. Właśnie pod Syrakuzami zaliczyliśmy jeden z pierwszych morskich przepływów, łączony z wpływami w groty skalne. My to kochamy, pieski mniej, ale dzielnie oswajają się z życiem lwów morskich. 

    Byliśmy też w Syrakuzach właściwych, gdzie wiedzione turystyką ceramiczną z Emilą nabyłyśmy kolejne wytwory lokalnych rąk, a Karol zafascynowany wchodził do każdego jednego kościoła i zjadł wreszcie te słynne lody pistacjowe w bułce. 

    Jak chodzi o lody to najlepsze według nas dawali w Noto. W najstarszej, ponoć legendarnej kawiarni Sicilia w centrum. Ja osobiście lizałam te o smaku bazylii i truskawki. Inni niech mówią za siebie. Upał był bowiem, co niemiara, a te chłodziły, aż miło. W ustach pozostawiały przyjemny posmak zimna, a nie cukru. Z ciekawostek na schodach katedry w Noto pokazywał się nasz rzeźbiarz Mitoraj, a z jego posągami chciał fotografować się każdy turysta. 

    Spaliśmy w plażowej miejscówce vanowej w Marzamemi, znalezionej oczywiście dzięki Park4night. Kto nie zna tej apki ten trąba. Ściągajcie już dziś. Polecamy też techno do wieczornego mycia zębów, impreza i higiena w jednym.

    Śniadanie zjedliśmy w pełnym słońcu, które kazało bardzo szybko schować produkty spożywcze do vanów, a ciała własne do wody lub cienia. Pieczywo o poranku dowoził na miejsce lokalny piekarz. La dolce vita poziom nieosiągalny. 

    Ciężko było zwiedzać Marzamemi w takim skwarze, więc zamówiliśmy po fritto misto i małym piwku, a następnie oddaliliśmy się w kierunku Portopalo. To najbardziej wysunięty na południe punkt Sycylii. Zapiaszczony, co sprawiło, że psy miały zabawy ile wlezie, gdyśmy my wylegiwali się na przyjemnie rozgrzanych wydmach. Nieopodal znaleźliśmy gospodarstwo agroturystyczne, co dawało najlepsze pomidory, jakie pamiętam wyłącznie z czasów wczesnego dzieciństwa, i które można doprawiać tylko solą, bo niczego więcej im nie trzeba. Kupiliśmy po skrzynce, słoik caponaty z gęstą, wyśmienicie gorzką, ichniejszą oliwą oraz marmoladę cytrynową na spróbowanie. Wszystko zjedliśmy wymęczeni upałem w vanie jeszcze tego samego wieczoru. Lepszej recenzji nie znamy. 

    W Modica mieliśmy wieczorny night ride. Widowiskowo pnie się to miasteczko po skałach i ponoć dają tu najlepszą czekoladę we Włoszech. Ktoś próbował? 

    Zobaczyliśmy też trochę interioru sycylijskiego. Naciskał Billy jako stary hiker. Od rana w klapkach penetrował wyschnięte dolinki, po których niebezpiecznie ślizgały się czarne węże. Ja postawiłam na piknik pod wiszącą skałą w przyjemnie mokrej, zimnej koszulce, którą nurzałam, aż miło w wytęsknionej fontanience, znalezionej po drodze. 

    Zwiedziliśmy Ragusę, z młodym przewodnikiem, który napatoczył się sam i z braku lepszego zajęcia, jak mówił, łaził z nami. Pokazał, gdzie liże się w Ragusie lody, a my znaleźliśmy piekarnię, która serwowała najlepszą sciaccie. Koniecznie spróbujcie tego wypieku, a najlepiej zróbcie to w Ragusie. 

    Przeszliśmy się też znanymi ceramicznymi schodami w Caltagirone, ojczyźnie słynnych głów Maurów, które na Sycylii znajdziecie wszędzie. Miałam na nie chętkę, ale kosztują nawet 200 euro za sztukę. Obeszłam się zatem ich widokiem. Spaliśmy na parkingu pod opuszczonym kościołem w San Pietro. Sny mieliśmy różne, a śniadanie smakowało inaczej. Zamiast modlitwy popatrzyliśmy przed siebie w rozpalany słońcem poranek i ruszyliśmy dalej. 

    Polecamy wam też odwiedzić Favara Cultural Park. Miejsce niecodzienne, sztuka współczesna w przestrzeniach starych, rozpadających się kamienic. Piękne inspiracje wnętrzniarskie i zazielenianie wszystkich kątów, łącznie z sadzeniem drzew w pomieszczeniach bez dachu. Wspaniale. 

    W sklepiku sprzedawali pierścionki. Wśród nich Billy znalazł jeden z okiem, dokładnie takim, jak w naszym blogowym logo inmysecretlife.pl. Przypadek? Nie sądzę. Mam na palcu także teraz, kiedy to piszę. 

    Na nocleg nieopodal Agrigento jechaliśmy 10 km/h, dziurawą drogą, przez blisko 20 minut. Witani przez dwa wspaniałe, przyjazne psy, w akompaniamencie bzyczenia owadów wjechaliśmy na wielką równinę z widokiem na morze. Dla takich noclegów wymyślili vanlife. Zgrillowaliśmy, co mieliśmy i włożyliśmy to w siebie przy zachodzącym słońcu. Niczego więcej mi nie trzeba.

    Agrigento z jego kompleksem architektonicznym na miarę Aten obejrzeliśmy przez lornetki, a Scale dei Turchi z perspektywy kajaka. Wyśmienicie ich alabastrowa konstrukcja kontrastowała z błękitem wody. Pływajcie na kajakach ludzie i zawsze miejcie przy sobie dobrą lornetkę. 

    Słuchajcie tego, znaleźliśmy karczmę Czarci Młyn w sycylijskim stylu. W Eraclea Minoa natknęliśmy się na włoskie wesele. Kobietki przystrojone jak ja na studniówkę, z lokami i kokami, mężczyźni w różowych koszulach i z żelem we włosach. Siedzieliśmy do końca. Billy i Marek nie odpuścili ostatnich kawałków pizzy i łyżek risotto. Wychodzili z jedzeniem jeszcze widocznym w gardle. Gula protein ponoć trzymała ich trzeźwymi całą noc. Mieli dzięki temu siły, żeby o poranku zwiedzać ruiny podupadłej wioski Eraclea Minoa właśnie, z jej skromnym muzeum etnograficznym.

    Co działo się później niech zostanie słodką tajemnicą. Rzucę tylko parę słów kluczowych. Plaża, ujście rzeki Platani, piasek, dziwni mężczyźni, masaż shiatsu, trwoga.

    A potem była Caltabelotta i miłość od pierwszego wejrzenia. Panelle w barze na wzgórzu, to jest placki z ciecierzycy i ziemniaków w formie smażonych kwadracików, które fajnie wchodzą z majonezem. Też sycylijska specjalność. Kolację zjedliśmy w dziwnej grocie, po interwencji Sycylijki, która stała na balkonie i służyła poradą. Zajadając się ricottą, dowiedzieliśmy się od obsługi, że na miejscu można kupić fajne mieszkanie z tarasem, już od 20 tysięcy euro. Mało tego, jakiś Polak z tvn, już to zrobił. Noc zatem mieliśmy z głowy, a sycylijski apartament od tamtej pory mocno tkwi w naszych zakręconych mente. Panorama rozciągająca się z ulic Caltabellota była bowiem nieprzeciętna. Widoki jak z drona lub samolotu, a jednak z ziemi. Można? można. 

    Z Marsali zapamiętałam tyle, że przez nią przejeżdżaliśmy, w porcie był bardzo bogaty jacht, a my gapiliśmy się na niego liżąc lody. Zapamiętałam też mandarynkowo- pistacjowy smak tych moich. 

    Niedługo później obudziłam się przy plaży Petrosino, żeby raczyć oczy widokiem pochylonych nad brzegiem morza plecków Marka i Billiego, którzy to wraz z lokalnymi aktywistami zabrali się za zbieranie śmieci i plastiku. Trzeba przyznać, że Sycylia ma problem z wystającymi z każdego zakamarka, beztrosko wyrzucanymi na środek drogi i plaży, odpadami. Może to mafia powinna się tym problemem zająć. Dwa problemy rozwiążą się symultanicznie, albo przynajmniej sobą zajmą. Syf szpeci bowiem skutecznie wiele naturalnie pięknych miejscówek. 

    Wieczorem całą spaloną słońcem czwórką (przyp. Billy, Marek, Emilia, Ja) dreptaliśmy już wzdłuż solnych basenów tzw. salinas w Trapani. Zachód słońca w tym miejscu inspirował do fotografii nas i zakochane pary. Podobno to tutaj można zdobyć najlepszą na wyspie sól. Marek z Billim dzielnie targali w siatkach po 2 kg tegoż kruszcu. Wieczorem jedliśmy i piliśmy jak królowie. Pizze na ławce przed ristorante w autentycznym sycylijskim stylu z bakłażanem w bułce tartej i świeżym tuńczykiem. Przepijaliśmy ją jak należy ulubionym piwem Marka Cerez o volt. 7,7%. Ostatnią butelkę tego trunku rozlaliśmy już w vanie na 4 kubki do snu i mycia zębów. Polecamy ten alkohol tym, którzy lubią się tanio i przyjemnie podchmielić. 

    Byliśmy też w Erice. Tam Billy kupił mi dwie kule ryżowe nadziewane serem i pomidorami tzw. arancini, sycylijski klasyk. Okazało się, że jest to ojczyzna ręcznie plecionych, wzorzyście kolorowych dywanów. Nabyliśmy taki do vana i uwierzcie, że wygląda zjawiskowo. Dekoracje podróżne w vanie to podstawa. Z tymże nowym skarbem przeżyliśmy cudowny zachód słońca nad San Vito lo Capo. Wyglądał on tak, jakby nad horyzontem właśnie wybuchła bomba z czerwonej farby, i nie mogła się zdecydować, który odcień jest najbardziej stylowy. Nawet nasz wierny, pieski kompan Farelski był pod wrażeniem piękna tej chwili i znieruchomiał na dywanie. 

    Trochę uwagi należy się też miasteczku Scopello. To w jego okolicy znajduje się słynna Riserva Naturale dello Zingaro, którego to obszaru nie udało nam się spenetrować, w związku z zakazem wstępu doń psów. Jeśli one gdzieś nie idą, nie idziemy i my. Nie przeszkodziło nam to jednak w dwukrotnym noclegu na darmowym, pięknie usytuowanym parkingu przed wejściem do tegoż rezerwatu. Tam zobaczyłam swój pierwszy na Sycylii wschód słońca. Stało się to tylko dlatego, że zbudzona zostałam własnym okresem, który domagał się interwencji. Miesiączki w terenie mają zatem i swoje widowiskowe strony. 

    Zamiast rezerwatu udaliśmy się na przyjazną psom plażę Mazzo di Sciacca. Tam Billy próbował rozładować stres, związany z zakazem wejścia do rezerwatu, ryzykowną wyprawą kajakiem na wysokich falach, snorklingiem w głębokich skałach oraz pływaniem z boją pod prąd. Ja wybrałam ręcznik i dmuchany materac z przezroczystym dnem na przybrzeżnych falach. Faceci mają swoje drogi, a kobietki swoje. Czyż nie?

    Potem było Palermo. A na trasie do niego jedna z bardziej zaśmieconych plaż, jakie widziały moje oczy. Mafio, jeżeli to czytacie, proszę o interwencję. 

    Na noclegi w większych miastach wybieramy zwyczajowo kempingi, żeby bezpiecznie zostawić vany na czas zwiedzania. W Palermo był to bardziej betonowy parking niż kemping, ale prysznice na żetony działały, aż miło. W sąsiedztwie zaparkował polski kamper, a na jego pokładzie młodzi żonglerze uliczni. Podczas gdy Billy z Markiem dzielnie się integrowali, my z Emilą słodko już spałyśmy. Mężczyźni mają swoje drogi, a kobietki swoje. Czyż nie?

    W Palermo zaliczyliśmy przechadzkę dzielnicą Vucciria i aperitivo w afrykańskiej knajpce, gdzie odbywało się szalone jam session, zagłuszające wszystko i wszystkich. Piliśmy pikantne drinki z imbirem i przegryzaliśmy warzywne przystawki. 

    Z ciekawszych dzielnic, w Calsa zasiedliśmy w obskurnym barze z lokalsami, gdzie wysysaliśmy z muszelek ślimaki, po które ustawiały się kolejki u ulicznego handlarza, co doprawiał je winem i czosnkiem. Piliśmy też chinotto na ceramicznie chłodnych, kolorowo kropkowanych ławkach nad samym brzegiem morza. Na kolacje udaliśmy się do słynnej Ferro del Cavalo. Kolejka chętnych na stolik była długa. Na złość kelnerom i światu grzaliśmy nasz do samej północy. Zawsze mieliśmy w sobie ducha rebelii.

    O poranku opuścili nas przyjaciele z aroundthecraft, a my skierowaliśmy vana w stronę Cefalu. Zjedliśmy tam kojącą kolację z risotto z owocami morza w La Botta i pastą Norma- z ricottą i bakłażanem też typową dla Sycylii. Vana ustawiliśmy na kempingu w pobliskim San Felippe, który zresztą mocno polecamy. Przestrzenny, dobrze zorganizowany, z własną, przytulną plażą i stanowiskami z widokiem na morze. Syciliśmy oczy i uszy zjawiskiem roztrzaskujących się fal, a ciała plażowaniem i snorklingiem do późnych godzin wieczornych. O 19.37 odjechaliśmy specjalnym autobusem do centrum Cefalu, jak rasowi turyści, totalnie zrelaksowani. 

    Na deser zostawiliśmy sobie miejscowość Corleone. Domniemaną kolebkę sycylijskiej mafii, od której nazwisko wziął główny bohater Ojca Chrzestnego. Tam poznaliśmy różowowłosą rodaczkę Marzenę. Zatrzymała nas na amaro i wyszeptała, że w Corleone nadal pachnie mafią. Przedstawiła swojego chłopaka, a pewny uścisk jego dłoni i zawadiacko tajemniczy wzrok mógł świadczyć tylko o jednym. Cała rozemocjonowana roztrząsałam z Billym, czy oto poznaliśmy prawdziwego mafioza, czy to tylko magia Corleone i włoskiego spojrzenia zrobiła mnie na szaro. 

    Co się jednak podnieciłam to moje, emocje podgrzałam jeszcze mocniej w Termach di Segeste, które niezwykle trudno było znaleźć pośród ciemności. Gdy prowadzeni przez lokalsa w końcu wsiedliśmy w gorącą wodę (42 stopnie), w tej samej chwili wylazł z niej szczur. Cóż siedzieliśmy dalej. 

    Spaliśmy na parkingu przy tychże termach, pośród starych podpasek, puszek i butelek po piwie. W nocy rozpętała się długa burza z piorunami, a że zjazd na tę miejscówkę był stromy i błotnisty, przede mną obudził się strach. Okazało się, że w świetle dziennym wszystko wygląda łagodniej. Skusiliśmy się zatem na jeszcze jedno posiedzenie w termalnej wodzie. Co za relaks. Nie bójcie się na zapas i korzystajcie z gorących błogosławieństw.

    Zaliczyliśmy ostatni plażing i pamiątkowy shopping w Palermo, by o 18 wjechać triumfalnie na prom z Palermo do Livorno i rozpocząć powolną drogę powrotną do ojczyzny. 

    Na statek wsiedliśmy z workiem czereśni. Pluliśmy pestkami w morską toń skandując pod nosem: VIVA SICILIA I VIVA VANLIFE!

  • Sardyńskie smaki

    Sardyńskie smaki

    Plaża, okolice Alghero

    Na Sardynii staramy się jeść lokalnie. Obiecujemy sobie codziennie więcej owoców, warzyw i ryb. Kończy się różnie, bo czasem ciężko odmówić sobie focacci w stylu sardo albo lodów pistacjowych. Tych liżemy ile wlezie. Na sąsiadującym z Sardynią archipelagu La Maddalena, gdzieśmy wybrali się promem (przeprawa z Sardynii trwa 20 minut) udało nam się zjeść przyzwoitą, rybną kolację. Smaczne mule, udane frito misto, deser w sardyńskim stylu tj. ciastko wysmażane z ricottowym wnętrzem nazywane seada, polane dodatkowo syropem miodowym i gorzką pomarańczą. No sztos. Do tego 1 litr białego wina za 8 euro oraz pyszna nalewka z mirtu (sardyński rarytas). Wyszliśmy o 50 euro ubożsi, ale z miłym szumem w głowach i wspaniałym układem w brzuchach. Auto zaparkowaliśmy na plaży nieopodal. Było już ciemno, widzieliśmy tylko gwiazdy, a słyszeliśmy szum morza. Wspięliśmy się na dach vana i tyle. Niczego więcej nie trzeba.

    Muszę przyznać, że super jest budzić się rano i zaskakiwać miejscem, do którego się dotarło. To jest właśnie ta vanlife’owa magia. Wynagradza wszystkie ewentualne niewygody. Otworzyliśmy oczy na widok plaży o wodzie w kolorze lazur blu, ulokowanej przy wydmowym wzgórzu. Wiało potężnie, ale Billy zdołał nawet zanurkować. Mówił, że widział nowy, podwodny, wspaniały świat. Otoczyła go rybna ławica, zaciekawiona, a jednocześnie spłoszona. Leżał na tej słonej wodzie i patrzył. Po co komu TV, pytałam się sama w głowie.

    Bez TV, z radiem i muzyczką, tak wygląda nasz vanowy plan dnia na Sardynii:

    • pobudka koło 9- 10, ja lubię pospać, Billy mniej, jako ranny ptak od wczesnych godzin szuka nowego dnia
    • śniadanie i kawa w kuchni vanowej, tutaj nadal aktywnie operuje głównie Billion, a ja proszę żeby dał jeszcze poleżeć
    • plaża i snorkeling, jeśli woda da
    • włóczenie się po małych miasteczkach, szukanie studni do napełnienia vanowych kanistrów
    • obiadokolacja w ristorante albo we vanie, zależy jak leżymy z funduszami
    • butelka wina ze wzrokiem wbitym w niebo
    • LA DOLCE VITA
    A kto pomywa gary? bo nie Gary Oldman.

    Gdzie zatem warto być na Sardynii?

    My polecamy plażę La Salinas, niedaleko Stintino. Niebiesko i rajsko. Pojedliśmy tam jak rodzina królewska. Wybraliśmy się do portu znowu na kolacyjkę rybną. Billy spaghetti z vongolami i owocami morza, a ja oratę w formie fish and chips. Do tego białe winko, a jak, i kieliszeczek mirtu na trawienie. Kelnerka okazała się być Polką. Miła, ale nawet kiedy mówiłam do niej ja, patrzyła na Billiego. Do tej pory nie wiem dlaczegóż, bo stara to była baba i niespecjalnie miejska. Niby z Trójmiasta, ale już 30 rok na emigracji. Psa wygłaskała, Billiego zaadorowała, na koniec daje jej plusa.

    Warto zajrzeć też do Castel Sardo. Z uroczym zameczkiem na małym wzgórzu wcinającym się w morze. Byli tam też nasi przyjaciele z aroundthecraft (sprawdźcie co, a raczej kogo tam znaleźli). My dotarliśmy do parkingu późną nocą, kiedy tylko światełka ulicy mogły nieśmiało wskazywać na oczekującą nas o poranku widokówkę. Obudziliśmy się i trochę padało, morze wzburzone, nurek z harpunem wypłynął z wody, nie złowiwszy nic, a na zamek nie wpuszczono nas, bo Billy nie posiadał obowiązkowej maseczki. Żeby odbić się od dna, zaszliśmy na pranzo (z włoska lunch) do delikatnie eleganckiej ristorante. Zamówiliśmy zupę z mulami oraz ciekawie wysmażany, w siemieniu lnianym, stek z tuńczyka. Mieliśmy wejść na jedną zupę na pół. Klasyk. Oczywiście uraczono nas nalewką w mirtu, więc około godziny 14 byłam już prawie “gotowa”. Na serwisie młody, zadbany Włoch zagadywał i rozbawiał każdy stolik, co po raz kolejny doprowadziło mnie do wniosku, że nie nadawałabym się do obsługi klienta. Ten rodzaj optymistycznej energii nie był mi dany w genach. A jak mawia moja mama:-gena nie wydłubiesz. 

    Muszę jeszcze wspomnieć o wiosce Argentino. Zbudowana wokół niedziałającej już kopalni srebra, stąd nazwa. Znajduje się tu ciekawa, industrialna plaża powstała na ruinach budynków pokopalnianych. Przemysłowo, żulersko, natura kontra ruiny. To lubimy. Wiatr był mocny, fale duże, ale skusiliśmy się na snorkeling. Billy szybko napił się solanki i zrezygnował. A mnie, jak na złość, się podobało. Fale unosiły moje ciało, kołysały nim miło, a ja patrzyłam na mnogość ścinków drewna i kawałków glonów, co zdominowały bezlitośnie przybrzeżne wody. Wyglądały jak morskie konfetti. Podobał mi się ten darmowy spektakl, z udziałem silnego wiatru i słońcem przebijającym się przez niebieską toń. Co nurkowanie to niespodzianka. Polecamy. 

    Z kategorii przydrożne zwierzęta, często błąkają się tutaj, niczym łosie w Norwegii, bezpańskie psy. Wyglądają przyjaźnie, ale też czasem przerażająco w swojej dzikości. Ostatnio drogę przeciął nam jeden, sporych rozmiarów, pies trzymający w pysku głowę dzika. Skalę surrealizmu oceńcie sami. 

    IMG-5576

    Powoli żegnamy się z Sardynią. Udało mi się wyprosić Billiego, żeby kupił mi loda w plażowym barze. Sobie zamówił frappucino, którego usiłował się napić w każdym włoskim miasteczku, ale dostawał tylko rozłożone ręce lub podejrzliwy wzrok. Nie igraj z włoską tradycją kawiarską człowieku. Dla tego narodu istnieje tylko cafe, cafe macchiato, cappuccino i cafe latte. THE END. 

    Cin cin rodacy!

  • Na co gapić się na plaży? Sardynia welcome to.

    Na co gapić się na plaży? Sardynia welcome to.

    Oto jesteśmy. Już od pięciu dni i nocy na Sardynii w trybie plażowo-podróżniczym, lub inaczej szlakiem plaż. Turystyka w poszukiwaniu brązatury, jak mawia Billy. 

    Prom do miasteczka Olbia na północy Sardynii wzięliśmy początkiem czerwca. Była to przeprawa nocna i mocna. Z Civitavecchia, gdzieśmy zjedli pożegnalną pizzę w knajpie portowej z Emilą i Markiem z aroundthecraft (Sprawdźcie ich rzemieślniczego bloga). Z pełnymi brzuchami i głowami rozmarzonymi wizjami wyspiarskiego dolce vita o 23 wjechaliśmy na statek. 

    Prom znowu okazał się być małą lupką na świat. Byliśmy my i mnóstwo włoskich kierowców tirów. Przypomnę, że pierwsza fala koronawirusa. Kierowcy porozkładali się na sofach strefy restauracyjnej, w takich samych sandałkach, skarpetkach, i z nerkami lub małymi torebeczkami zwisającymi przez ramię. Wniosek jest krótki- tirowcy to subkultura europejska, może nawet światowa. Noszą się z podobną, wygodnicką nonszalancją. 

    Kopiując ich styl rozłożyliśmy się z Billym i Farelą na jednej z sof. Niby wszędzie rozklejone zakazy siadania, związane z obowiązkowymi dystansami przy koronie, ale nikt się tymi zakazami nie przejmuje. Zasnęliśmy lekceważąco i my. Obudził nas dopiero wschód słońca nad Sardynią. 

    Swój pierwszy bezpieczny i rajski kamping rozbiliśmy w Porto Taverna z widokiem na wyspę Tavolarę, o turkusowej wodzie i piasku w kolorze crema di caffe. Wiatr był porywisty, a niesforna plandeka, z której próbowaliśmy utworzyć skrawek cienia, dla czarnego jak noc Fareli, wprawiła nas w nie lada wkurw. Uciekliśmy zatem szukać innych plaż, a tych na Sardynii nie brakuje. Można zmieniać je jak znudzone rękawiczki. Dodatkowo w koronawirusie są puste. Dzielimy plaże i parasole tylko z lokalsami. Lepiej być nie mogło. No może mniej wietrznie. 

    Wyróżnię jedną z najdłuższych plażę Lu Litarroni w pobliżu Aglientu, ponoć dedykowaną nudystom. Większość obecnych jednak strefy intymne pozakrywała. Bardziej przed wzrokiem innych ludzi, niż słońca. Kto by nie chciał wyrównanej opalenizny. Billy jechał z zamiarem opalania się komando, ale zgodnie z panującym wokół trendem pozostał w majteczkach. 

    Droga do tego nudystycznego raju była dziurawa, że aż strach. Zostawiliśmy auto w lesie w pozycji o bardzo dziwnym nachyleniu i uderzyliśmy na piasek. Mając nadzieję, że do naszego powrotu nadal będzie stało na czterech kołach. Stało.

    No to przechodzimy do sedna. Wyspiarskie życie nie sprzyja prowadzeniu pamiętnika. Cholernie trudno pisze mi się na plażach. Za dużo się tutaj dzieje. Nie mogę oderwać wzroku i słuchu od:

    • rozbryzgujących się zadziornie o piasek fal, każda inaczej się toczy, mieni innymi kolorami, niesie inne masy piany, dociera w inne miejsce i przybiera inny kształt, który mogę nazwać roboczo kształtem fali. Zawsze byłam romantyczna.
    • przechadzających się wzdłuż tychże fal ludzi. Z psami lub bez. W kapeluszach lub bez. W spodenkach lub majteczkach. Z topem lub topless. Blond i czarni, opaleni i bladzi. O czym gadają i do którego parasola zmierzają. Nie mogę przestać się gapić.
    • grupki dzieci, co chwyciły w mig szczupły, tyczkokształtny kijek i kręcą się wokół niego, z nim, nad nim. Po chwili znudzone rzucają go w piach i zabierają się za grę w rzucanie kamieni w dal. Przenoszę się w beztroskie czasy wakacji nad morzem za dzieciaka. Wtedy w głowie miałam tylko jagodziankę, albo czy iść do wody już teraz, czy może za dziesięć minut. Wielce prawdopodobne, że nawet i o tym nie myślałam. Po prostu szłam, jadłam, wodowałam, amen.
    • psów. Niektóre szczekają, inne włażą do wody, której te szczekające się boją. Większość chowa się w cieniu parasoli. Albo jak w przypadku Fareli, w cieniu skonstruowanej przez Billiego, z patyków plażowych, tzw. ścianki zacieniającej. To popularna na Sardynii strategia ochronna. Widywaliśmy wiele bezpańskich plażowych psów, które chowały się za takimi patyczakowymi murkami. 

    Strategi plażowych można się uczyć na Sardyni do woli. Każdy Włoch idzie na plaże z parasolką, materiałowe wiatrochrony to chyba wynalazek bałtycki. Tu ludzie ucztują parasol w parasol. 

    Cieszę się, że Billy ofiarował mi swoje rybackie krzesełko. Było to wyjątkowo użyteczne narzędzie. Stawiało mnie w pozycji wyprostowanej, patrolującej. Żadna sytuacja plażowa nie umykała memu oku. Brakowało mi tylko podwyższenia, jakie mają prawdziwi ratownicy wodni. Nie można mieć wszystkiego. Kiedyś się dorobię.

    Specjalnie dla was, z Sardynii, samozwańcza strażniczka plaży. 

    English version:

    Here we are. Already five days and nights in Sardinia in the beach-travel mode or if you prefer travelling along the beach trail. Tourism in search of bronze, as Billy says.

    We took the ferry to the town of Olbia in the north of Sardinia at the beginning of June. It was a night crossing. From Civitavecchia, where we had a farewell pizza in a port pub with Emila and Marek from aroundthecraft (Check out their craft blog). With full bellies and heads filled with dreamy visions of the island’s dolce vita, we entered the ship at 23:00.

    The ferry again turned out to be a small magnifying glass to the world. We were accompanied by lots of Italian truck drivers. Let me remind you that it was the first wave of the coronavirus. The drivers settled down on the sofas of the dining area, in the same sandals, socks and with  small purses hanging over the shoulder. The conclusion is truckers are a European subculture, maybe even a global one. They dress up with a similar, comfortable nonchalance.

    Copying their style me, Billy and Farela laid down on one of the sofas. Seemingly bans to sit on them related to the compulsory virus distances that were stuck everywhere, were not so important cause nobody cared about them. We fell asleep disrespectfully. We were only awakened by the sunrise over Sardinia.

    We set up our first safe and paradise camping in Porto Taverna with a view of the Tavolara island, with turquoise water and crema di caffe sand. The wind was gusty, and the unruly tarpaulin we tried to make a patch of shadow for Farela pissed us off. So we ran away to look for other beaches, and there are plenty of those in Sardinia. You can change them like  gloves. Additionally, they are empty in the coronavirus. We share beaches and umbrellas with locals only. It couldn’t be better. Well, maybe less windy.

    I will distinguish one of the longest Lu Litarroni beach near Aglientu, supposedly dedicated to nudists. Most of those present, however, covered their intimate zones. More from the sight of other people than the sun. Who wouldn’t want an even tan. Billy was going to sunbathe commando, but in line with the trend around the world, he remained in panties.

    The road to this nudist paradise was full of holes, it was scary. We left the car in the woods on a very strange slope and hit the sand. Hoping it will still be on four wheels until our return. It was.

    So we come to the point. Life on the island is not conducive to keeping a diary. It’s fucking hard to write on the beaches. There is too much going on here. I can’t take my eyes off and hearing from:

    • waves splashing aggressively on the sand, each rolls differently, shimmers with different colors, carries different masses of foam, reaches a different place and takes a different shape, which I can call a wave shape. I’ve always been romantic.
    • the people walking along these waves. With or without dogs. With or without hats. In shorts or panties. Top or topless. Blonde and black, tanned and pale. What are they talking about and which umbrella are they going to. I can’t stop staring.
    • groups of children, who grabbed a slender pole-shaped stick in no time and spin around it, with it, above it. After a while, bored, they throw it in the sand and start throwing stones into the distance. I am virtually moving into the carefree times of holidays by the sea as a kid. Back then, I only had a blueberry pie in my head, or whether to go to the water now, or maybe in ten minutes. Most likely, I didn’t even think about it. I just walked, ate, took off, amen.
    • dogs. Some bark, others crawl into the water, which the barkers are afraid of. Most are hidden in the shade of umbrellas. Or, as in the case of Farela in the shadow, constructed by Billy, from beach sticks, the so-called shading wall. This is a protective strategy popular in Sardinia. We saw many stray beach dogs hiding behind such sticky walls.

    You can learn beach strategies in Sardinia at will. Every Italian goes to the beach with an umbrella, fabric windbreaks are probably a Baltic invention. Here people feast an umbrella into an umbrella.

    I’m glad Billy gave me his fishing chair. It was an extremely useful tool. It put me in an upright, patrolling position. No beach situation escaped my eye. The only thing I missed was the elevation that real lifeguards have. You can not have everything. Someday I will get there.

    Especially for you, from Sardinia, the self-proclaimed beach guardian.

  • S P A in modo italiano

    S P A in modo italiano

    Wracamy w czasie. A co. Tego miejsca nie możemy pominąć. Byłoby to grzechem, a już na pewno nie wybaczyłby mi Billy. Stary wyga termalnych źródeł. Jakie on tam przeżył katarsis ludziska. Ale po kolei. 

    Jesteśmy we Włoszech. Termy nazywane powszechnie Terme di Satrunia tudzież Cascate di Mulino, jako że ulokowane są w pobliżu starego młyna. Niedaleko portowej Civitavecchia. Jeśli wypływacie gdzieś z Włoch to zahaczajcie. 

    Naturalnie utworzone wanny wypełnione wodami siarkowymi, które ponoć leczniczo działają na skórę. A i dla oka mają swój urok. Na tle rzeczonego młyna, z widokiem na zieloną łąkę, znajdują się te wytworzone siłą spadającej wody wanienki. Mają super ostre krawędzie, które ranią stopy i spowalniają marsz w poszukiwaniu wolnej dziupli. Kiedy się ją już znajdzie to relaks jest wybitny. Woda przyjemnie ciepła, nie gorąca, wspaniale bąbelkuje i mocno bije po plecach. Darmowy, podgrzewany hydromasaż. 

    Wszyscy wkoło gwarzą po włosku, lub jak Billy, z zamkniętymi oczami oddają się czarowi wody. Poznaliśmy dwóch dziadów z Merano (północne Włochy), gdzie spędziliśmy czas lockdownu. Ci, mimo podeszłego wieku dziarsko rzucali się w mocny prąd ciepłej wody, i reklamowali tę naturalną, wodną zjeżdżalnię jako top class fun. Zgadnijcie kto się nabrał i poranił pokaźnie plecy. Na B. Była też jedna mała monella, co jak się dowiedziałam znaczy łobuziara z włoska. Ja cały czas myślałam, że jej opiekunowie wołają na nią modella. Byłby to ciekawy model wychowawczy. Jeden z jej dwóch męskich opiekunów narzekał, że siarkowa woda wywabiła kolor z jego złotego łańcucha. Także strzeżcie się. Łatwo nawiązywały się spontaniczne rozmowy w tych jakuzach, choć ja i Billy często niewiele wiedzieliśmy z tego, co się do nas nawijało. Ale uśmiechy i gorąca woda fajnie maskowały te braki. 

    Polecamy też tę miejscówkę nocą. Parking dogodny i nieopodal, elegancko wykoszona trawa. Trzeba w nocy wydostać się z vana i zobaczyć drugie oblicze tych term. Pod gwiazdami, mało ludzi, wszyscy palą świece. Siedzimy. Jakoś tak miejsko i wiejsko zarazem. Tajemniczo i oczywiście. Noi mokro. Do tego czarne risotto ze szparagami. I Blue Lagoon Iceland może się chować. 

    Od rana szukałam Billy. A ten od 2 godzin we wannach, pod biczem wodnym, rozmarzony. Wyciągałam go stamtąd prawie siłą. A droga do Civitavecchia też była piękna. Kierunek Sardynia. 

    English version:

    I go back in time. What do I care. I cannot skip this place. It would be a sin, and Billy certainly wouldn’t forgive me. Old fan of thermal springs. How he went through the catharsis there folks. But first things first.

    We are in Italy. The thermal baths commonly known as Terme di Satrunia and Cascate di Mulino, as they are located near the old mill. Near the port of Civitavecchia. If you are taking a ferry somewhere from Italy, stop by.

    Naturally created baths filled with sulfuric waters that are said to have a healing effect on the skin. And they have their charm for the eye. Against the background of the industrial mill overlooking the green meadow, there are bathtubs made by the force of falling water. They have super sharp edges that injure the feet so slow down the walk in search of a free hole. Once you find it, the relaxation is outstanding. The water is pleasantly warm, not hot, bubbling beautifully and beating strongly on the back. Free, heated whirlpool.

    Everybody around chatters in Italian, or like Billy, with closed eyes, is indulging in the charm of water. We met two old guys from Merano (northern Italy), where we spent the lockdown time. In spite of their advanced age, they brilliantly threw themselves into the strong current of hot water and advertised this natural water slide as top class fun. Guess who fell for it and hurt a his back. Starts with B. There was also one little monella, which I found out means rascal in Italian. All the time I thought that her guardians were calling her a model. This would be an interesting educational model indeed. Moreover one of her two male guardians complained that the sulfur water had stripped color from his golden chain. Also beware. Spontaneous conversations easily arose in these jacuzzis, though Billy and I often knew very little about what we heard. But smiles and hot water nicely masked these shortcomings.

    We also recommend this place at night. Parking convenient and nearby, elegantly mowed grass. You have to get out of the van at night and see the other face of these thermal baths. Under the stars, few people, they all light candles. We are in. Something so urban and rural at the same time. Mysterious and obvious. And wet. And then black risotto with asparagus. Blue Lagoon Iceland can hide itself.

    I’ve been looking for Billy since the next morning. And he has been in bathtubs for 2 hours, under a whip, dreamy. I pulled him out of there almost by force. And the road to Civitavecchia was beautiful too. The direction –> Sardinia.