Category: Jedzenie

  • Zakręcona jak rogalik

    Zakręcona jak rogalik

    Wśród najciekawszych frigańskich łowów muszę wyróżnić tę oto puszkę. Puszkę, co zawiera w sobie elegancko skręcone ciasto na croissanty. Po raz pierwszy widziałam takie cudo, a zabawa z nim to jak powrót na szkolną plastykę. 

    Najpierw wykręcasz ciasto z obrotowej puszki. Wow. Potem rozwijasz je jak modelinę. Jako, że ciasto jest już wstępnie pocięte na trójkąty, to tylko je rozdzielasz i rolujesz w rogaliki podług własnego gustu. Na koniec, za poradą etykiety, możesz rozbełtać jedno jajko i pędzelkiem pokryć croissanty żółtą glazurką. Wychodzą jak malowane. Piecze się je przez 20 minut w około 200 stopniach.

    Nie mogłam nie donieść, że na świecie są takie zabawowe produkty do pieczenia. Pozazdrościłam fachu prawdziwym francuskim mistrzom pâtisserie. Kreatywność w kuchni chyba mnie kręci. Ciekawe, jakimi farbkami pokrywa się słynne kolorowe makaroniki. 

    Moje rogale smakowały pysznie na słodko, z konfiturą jeżynową, ale też i na słono, z jajem na miękko i kiszonym ogórem. Yo. 

  • Ale jaja!

    Ale jaja!

    Pamiętam jak w serialu 30 Rock, tytułowa bohaterka Liz Lemon, na randce ze swoim chłopakiem, jadła puree ziemniaczane i popijała je Martini. Pomyślałam sobie, menu randkowe idealne, albo w ogóle menu idealne. Moja ulubiona Emila z aroundthecraft podpowiedziała mi danie, które w podobny sposób spełniło moje marzenia. 

    Jako Polka uwielbiam puree ziemniaczane. Zawsze i w każdej postaci. A jak jeszcze dołożysz do tego jajko sadzone, i zrobisz z jego żółtka powódź na talerzu, to w ogóle bajka. 

    To danie, które wam przedstawię ma w sobie oba te składniki. Jest swego rodzaju wariacją na temat sadzonych z ziemniakami. 

    Potrzebujecie ziemniaków, cebulki lub pora, masła i jajek. Dla bardziej wymagających trochę sera wyselekcjonowanego podług gustu i zielonej pietruszki dla zdrowia i dekoru.

    1. Gotujecie ziemniaki do miękkości, w międzyczasie na patelni podsmażacie warzywo, którym chcecie puree ubogacić. Ja wybrałam pora. 

    2. Ugotowane ziemniaki ubijacie na gładką masę, dodajecie pieprzu, soli, podsmażonego pora i masła. Mieszacie.

    3. Z takiego puree lepicie dwie kule. Wbijacie w nie swoją lub czyjąś pięść, tworząc słodkie gniazdko.

    4. W tak utworzone gniazdko wbijacie jajo.

    5. Wykładacie blachę papierem do pieczenia i układacie nań jajeczne oczy. Dla chętnych można posypać je jeszcze startym serem.

    6. Wkładacie na 15 minut do rozgrzanego na 200 stopni piekarnika i gotowe. Ze świeżą pietruszką lub koperkiem smakuje jeszcze lepiej. 

    Enjoy!! Ukłony dla Emilka z aroundthecraft. Czytajcie ją, kiedy pieczecie. Dziewczyna pisze, fotografuje, a nawet gotuje w stylu high class. 

    I remember very well that in the series 30 Rock, the main character, Liz Lemon, on a date with her boyfriend, ate mashed potatoes and sipped them with Martinis. I thought to myself, the perfect dating menu, or the perfect menu in general. My favorite friend Emila from aroundthecraft suggested a dish that fulfilled my dreams in a similar way.

    As a Pole, I love mashed potatoes. Always and in any form. And if you add a fried egg to it and turn its yolk into a flood on your plate, that’s a fairy tale.

    This dish that I am going to present to you has both of these ingredients. It is a kind of variation on fried eggs with potatoes.

    You need potatoes, an onion or a leek, butter and eggs. For the more demanding, a little cheese selected according to your taste and green parsley for health and decor.

    1. Boil the potatoes until tender, in the meantime fry the vegetable with which you want to enrich the puree in the pan. I chose the leek.

    2. Beat the boiled potatoes until smooth, add pepper, salt, fried leek and butter. Mix well.

    3. Make two balls of this puree. Stick your or someone else’s fist into them, creating a sweet nest.

    4. You stick an egg into the nest created in this way.

    5. You line the baking tray with baking paper and place your egg eyes on it. For those willing, you can sprinkle them with grated cheese.

    6. Put it for 15 minutes in a preheated 200 degrees oven and it’s ready. It tastes even better with fresh parsley or dill.

    Enjoy !! Best regards to Emila from aroundthecraft. Read her when you cook. The girl writes, photographs and even cooks in a high class style.

  • Vegan/freegan/polish

    Vegan/freegan/polish

    Słuchajcie tego. Połączyłam wegańskie, frigańskie i polskie w jednym daniu.

    Miałam w lodówie, zalegające od jakiegoś czasu frigańskie papryki. Jako, że Billy nie bardzo lubi je na surowo czy z sałatą, przypomniałam sobie o słynnych faszerowanych ryżem i mięsem paprykach mojej mamy. A pewnie i większości polskich matek. Dodatkowo dysponowałam resztkami kaszy jęczmiennej, w którą zaopatrzyłam się w polskim sklepie w Rejkjaviku. 

    Wiedziona tym tropem pobiegłam do marketu szukać fajnego wegańskiego mięska. Nie kupujemy mięsa zwierzęcego, bo wstyd, a poza tym mamy go dosyć. Wypatrzyłam ciekawy sojowo-glutenowy zamiennik- Shredded hoisin duck by Linda Mccartney. Tym samym zaczynam wielki test dostępnych na Islandii wegańskich mięs. 

    No to tak:

    1. Przecięłam 2 papryki na pół, wydłubałam nasiona. Dodatkowo miałam jedną podłużną czerwoną paprykę, więc ją także wydrążyłam.  Utworzyła nawet ciekawszą formę paprykowego canelloni.
    2. Nasmarowałam je delikatnie olejem i wstawiłam na 15 minut do nagrzanego na 200 stopni piekarnika.
    3. Ugotowaną kaszę jęczmienną połączyłam na rozgrzanej patelni z czosnkiem i imbirem-na zdrowie, szarpaną, wegańską kaczką, porem (freegan) i świeżą pietruszką. 
    4. Takim właśnie farszykiem niedbale wypełniłam podpieczone wcześniej papryki i oprószyłam białym twarogiem. Dodatek niekonieczny, ale akurat polski sklep również rozczulił moje serce tym produktem. Można zastąpić tofu lub innym serkiem. 
    5. Naładowane mocą kaszy papryki zapiekamy w piecu najlepiej na blaszce wyłożonej papierem przez kolejne 15 minut, w tej samej temperaturze.
    6. Smacznego!

    My jedliśmy z polskim, a jakże kiszonym ogórem, buraczkami tartymi, sałatą i humusem. 

    Sam wegański zastępnik oceniam na cztery z plusem. Fajnie przyprawiony, leniwym odbiera pracy,  dla ambitnych szukam dalej. Stay tuned.

    English version:

    Listen to this. I combined vegan, freegan and Polish in one dish. I had some freegan peppers left in my fridge for some time and I didn’t hesitate to use them. 

    Since Billy doesn’t really like peppers raw or even with lettuce, I reminded myself of my mothers’ famous peppers stuffed with rice and meat recipe. Its probably typical for all Polish mothers. In addition, I had some barley groats, which I bought in a Polish store in Reykjavik. 

    Following my instincts, I ran to the supermarket looking for a nice vegan meat. We do not buy animal meat, it is a shame, and besides, we are fed up with it. I spotted an interesting soy-gluten substitute – Shredded hoisin duck by Linda Mccartney. Thus, I am starting a great test of vegan meats available in Iceland. 

    So there it is: 

    1. I cut 2 peppers in half, picked out the seeds. Additionally, I had one oblong red pepper, so I hollowed it out as well. It created even a more interesting form of paprika canelloni. I greased them gently with oil and put them for 15 minutes in an oven preheated to 200 degrees. 

    2. I combined the cooked barley groats with garlic and ginger on a hot pan – healthy mix, pulled, vegan duck, leek (freegan) and fresh parsley. 

    3. With this stuffing I carelessly filled the previously baked peppers and sprinkled them with white cottage cheese. Not a necessary addition, but the Polish store also touched my heart with this product. 

    4. Bake the peppers loaded with grits in the oven, preferably on a baking tray lined with paper for another 15 minutes, at the same temperature. Enjoy your meal! 

    We ate it with Polish pickled cucumber, grated beetroots, lettuce and hummus. I rate the vegan substitute itself four with a plus. Well-preseasoned, good for lazy or busy people. For those of you out there who are more ambitious I am gonna continue my search of perfect vegan meat. Stay tuned.

  • Going bananas

    Going bananas

    No to poszło. Może zwariowałam, a może markety wyrzucają zwariowane ilości bananów. Co z tym słodziutkim, bumerangowym owocem robić?

    My dajemy do porannych szejków z sokiem pomarańczowym, imbirem, cytryną i szpinakiem-to ja, Karol z płatkami owsianymi, mlekiem migdałowym i jagodami. Czasem, kiedy mamy masło orzechowe to wiem, że dodaje się i tego.

    Najlepiej smakuje dojrzały banan rozgnieciony na stostowanym uprzednio, pełnoziarnistym chlebie. Na górę dorzucamy powidła. My szanujemy te francuskie od St. Dalfour, a można je na Islandii dostać w dobrej cenie. Rapsodia czterech owoców: truskawek, malin, jeżyn i wiśni wybitnie siada na tej kanapce. Spróbujcie. Energii na cały dzień.

    A w dzień pochmurny i deszczowy wymyśliłam sobie chlebek bananowy. Nawet się rymuje. 

    1. Rozgniotłam trzy dojrzałe banany widelcem na nierówną masę. 

    2. Dodałam tę masę do 50 g stopionego masła i przemieszałam.

    3. Zmiksowałam jedno jajo z 5 łyżkami brązowego cukru i wymieszałam z bananową masą. Dodatkowo starłam na tarce o małych oczkach 1 cm kawałek imbiru, dodałam łyżeczkę kardamonu, cynamonu i startych goździków.

    4. W misce przesiałam mąkę (1 i 1/3 szklanki) i dodałam do niej markowego proszku do pieczenia (2 łyżeczki) oraz szczyptę soli.

    5. Na koniec dokładnie zmieszałam suche z aromatyczną, bananową masą, do uzyskania gęstej, budyniowej konsystencji.

    6. Taki budyń przekładamy do delikatnie natłuszczonej na brzegach keksówki, wkładamy w piekarnik rozgrzany na 175 stopni, góra dół i czekamy jakieś 50 minut na rezultaty.

    Ja dodatkowo udekorowałam mój chleb kolejnym bananem, jako że tych u nas dostatek, na górę masy. Polecam ten zabieg, by dodać chlebkowi troszkę animuszu. 

    Po 50 minutach sprawdzamy patyczkiem czy ciasto upiekło się elegancko. Moje wyszło tak.

  • Amerykański filet

    Amerykański filet

    Tak wygląda, zmrożony i opakowany w iście amerykańskim stylu lat 60, dorsz z fabryki rybnej nieopodal. 

    W pudełku układany w piękne, opięte plastikiem rybie sztabki. 

    Do tego puree, zielony groszek i obiad dla szczęśliwej rodziny z obrazka gotowy. Najlepiej na niedzielę.

    Dodam, że mamy 6.11. 2020, Islandia. Odmrażamy.

  • Islandzki freeganizm

    Islandzki freeganizm

     Z kategorii dobre wieści, są tu wspaniałe skipy. Dla świeżych w temacie, freeganizm to antykonsumpcyjne podejście do świata, które pozwala wyrwać się z zaklętego kręgu sztucznie pompowanego popytu i podaży. Brzmi poważnie co? A tak serio to całkiem niezła zabawa, szczególnie kiedy uruchomisz w sobie zapomniany instynkt łowcy. Supermarkety wyrzucają  nieprzebrane ilości jedzenia, które nadal nadaje się do spożycia. Szczególnie sprzyjają fanom warzyw i owoców, jako że te łatwiej się psują. Siatka ekologicznych cytryn, spośród których jedna pokryła się pleśnią, ląduje zatem w kontenerze. My polujemy i korzystamy. 

    Na Islandii, ale także w Norwegii, gdzie za młodu, aktywnie pasjonowałam się freegańskim zdobywaniem pożywienia, łowy zazwyczaj są dość okazałe. Moją dawną pasję, tutaj z dużym zaangażowaniem, przejął Billy. Uwierzcie mi, że dawno nie widziałam takiego blasku w jego oczach, jak teraz, gdy z zaciekawieniem podąża wieczorem, po zamknięciu sklepów, sprawdzić czym uraczyły nas, za darmo, kontenery. Za darmo to słowo kluczowe. Billy uwielbia wszystko, co bezpłatne, najchętniej w ogóle nie kupowałby nic, wycierał się ręcznikami hotelowymi i brał prysznic na basenie z użyciem dostępnego tam mydła. Jest w tym perfekcyjny. Zero waste.

    Lokalne markety pozwalają nam jeść z prawdziwą klasą i na poziomie. Mozzarella di bufala, wędzone łososie, świeże soki wyciskane, wśród których mój faworyt -> nasycony pikanterią imbiru Ginger up, czy francuskie ciasto na croissanty, w ciekawych obrotowych puszkach. Nic tylko brać. Kupowanie tutaj mija się z celem. Oszczędzamy zatem pieniążki, bo w naszych głowach pęcznieje już kolejny życiowy projekt. Ale o tym kiedy indziej. Podziwiajcie jak się stołujemy na Vestmannaeyjar, za Darmo. 

  • Siewcy fermentu

    Siewcy fermentu

    Kto nigdy nie kisił, ręka w górę. Wstydźcie się, fermentacja to piękny, zdrowy i klasowy proces. W dobie pandemii nakazuje wam kisić podwójnie. Na każdego minimum jeden słoik. 

    Ja zajmuje się burakami, Karol grzybkami herbacianymi SCOBY (symbiotic culture of bacteria and yeast).

    Ja się bawię, a on porównuje fermentowanie do imprezy zamkniętej. Traktuje swojego Scobiego jak prawdziwego jegomościa, wodzireja wydarzenia, które z pomocą innych składników tj. gości, starannie mu organizuje. Mówi, że udostępnia grzybkowi lokal, zapewnia miłe towarzystwo, zamyka drzwi, i tylko co jakiś czas dogląda, w jakim stylu wszyscy wspólnie ucztują. Po około tygodniowym biesiadowaniu (w 8 litrowym słoiku) sprawdza czy jeszcze jest słodko, czy może ekipa wystarczająco już skwaśniała, by mógł przejść do etapu eksperymentowania ze smakiem. Tym imprezowym trybem życia dorobił się już kilku grzybków, i jak mówi stara się zdrowo je prowadzić, by zabawa i dla niego nie za szybko się skończyła. 

    Mamy zatem na ten ciężki czas kombuchę, w ciekawych opcjach smakowych-> pomarańcz i tymianek, jabłko oraz mięta z imbirem. Dla prostszych podniebień, kwas buraczany z nutą czosnku. 

    Szklaneczka tychże napitków rano i wieczorem, zrobi z was prawdziwych herosów. Pijcie zdrowo!

  • Jedzą rybę

    Jedzą rybę

    Jeśli w ogóle jeść ryby to świeże i lokalnie. Do portu na Vestmannaeyjar codziennie cumują ogromne kutry zaopatrujące wyspę i świat w dorsze, czerniaki, śledzie, sole, flądry i wiele innych. Najprawdopodobniej łowią ich więcej niż przystoi, dlatego też my ograniczamy spożycie. Jednak ich walory, smakowe i zdrowotne czasami biorą górę. Dodatkowo jedno z nas zawodowo zajmuje się gotowaniem, a drugie jest jego pasjonatem, więc ciężko całkowicie pominąć rybi temat w kuchni. 

    Otóż swoją kulinarną karierę na wyspie, prawdziwy zresztą powód naszej przeprowadzki tutaj, Billy rozpoczął w uchodzącej za przyzwoitą restauracji Slippurin. I choć na środowisko i wydłużone godziny pracy można by narzekać w nieskończoność, to mnie udało się skorzystać z przywilejów bycia dziewczyną kucharza i posmakować całego 7- daniowego menu rybnego, w którym specjalizuje się lokal. Otwarty tylko przez trzy letnie miesiące w roku, słynie z gotowania, opartego o lokalne zasoby, głównie ryby w towarzystwie ziół gromadzonych na tutejszych plażach i skalistych, powulkanicznych zboczach. Starania warte docenienia. 

    Obfitość talerzy, które zostały mi zaserwowane pamiętnego wieczoru, przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Myślę, że nigdy w życiu nie byłam tak najedzona. Kolejny plus lub minus, każdemu podług potrzeb, bycia dziewczyną kucharza. Dowolna ryba, która pojawiła się na talerzach stawianych przede mną, w około 15 minutowych odstępach czasu, aż zabrakło miejsca na stole, była świeżo rozbierana na części przez Billego, tego samego dnia. Wśród przystawek znalazło się ceviche z dorsza, jego suszona skóra w formie chipsów, rybie skrzydełka w stylu BBQ, carpaccio z rekina czy grillowane langusty. Potem był filet z soli, sprytnie cięty, tak, że ryba całkowicie pozbawiona była ości, ale nadal zachowywała swoją pierwotną formę. Wszystko domykał wyśmienity deser tj. islandzki skyr, w lodowej formie z dodatkiem rabarbaru, całość słodko osadzona na ciastku z mniszka lekarskiego. 

    Napitki też serwowali nie lada. Drinki na bazie naparów z lokalnych ziół, mniszka lekarskiego właśnie, szczawiu, rabarbaru, trybuli, lubczyku, arktycznego tymianku, dzięgielu, brzozy, jarzębiny czy ananasowca. Od samych nazw kręciło mi się w głowie, a można je jeszcze wzmacniać alkoholem i lokalnie wytwarzaną kombuchą. Stąd zresztą ponowna zajawka Billiego na grzybki herbaciane SCOBY i domową fermentację, o której więcej poczytacie wkrótce.

    Jeśli zatem dać się skusić rybie, to tu. Właścicielom tej restauracji oddaję szacunek za korzystanie z regionalnego bogactwa naturalnego i użytkowanie każdej części ryby, która trafia pod ostrze noża. Zero waste. W Slippurin można dostać odpowiednio przyrządzoną głowę dorsza, jej skórę, płetwy czy wreszcie filet. Racjonalne gospodarowanie zasobami plus duża doza kreatywności i zabawy smakiem. To dobry kierunek. Sadzimy, pielęgnujemy, zbieramy, używamy, znamy, respektujemy i kochamy Vestmannaeyjar- tak sami o sobie piszą. W ich ofercie znajdziemy również barwne menu wegetariańskie. Kalafior z fermentowanymi pieczarkami i glonami, grillowane gruszki z masłem orzechowym i emulsją dzięgielową czy orzechowy stek z topinamburem i pomidorami. Nazwy skrajnie rozbudzające kubki smakowe. Dorzucam zatem i coś dla oczu. 

  • Dobry początek

    Dobry początek

    Dwie osoby w średnim wieku, czarny, dojrzały piesek i biały VW T5. Łączy nas to, że wszyscy stronimy od zatłoczonych szlaków, szukając prawdziwych kolorów i zapachów na rozstajach dróg.

    Dzięki ciągłemu, spowolnionemu życiu w podróży łatwo się wzruszamy i wiele więcej dostrzegamy. Gromadzimy drogie wzruszenia i tanie pamiątki.
    Śledźcie nasze losy, zatrzymujcie się i podziwiajcie, to co w szybkim tempie świata i codziennej gonitwie umyka Waszym oczom. My dalej to widzimy.
    Zapraszamy do stopniowego odkrywania naszego vana i nas samych.

    Wierzymy, że najlepiej świadczą o nas odbyte podróże i starte bieżniki opon furgonetki T5, którą sami urządziliśmy, ale wszystko po kolei.

    Byliśmy w wielu miejscach, patriotycznie natomiast nasz cykl zaczynamy od Polski, bo tutaj w końcu wszystko ma swój początek.