Category: Podróże

  • Blu Lagoon i spółka

    Blu Lagoon i spółka

    Odwiedzili mnie ostatnio przyjaciele. Wymieniam z imienia i nazwiska, bo domagali się tego mocno. Katarzyna Ładny i Tomasz Indyk. W skrócie Kasia i Tomek. I wiecie co? Było czadowo. 

    Przypomnieli mi czemu znalazłam się na Islandii. Zachwycili się nią na nowo i świeżo. Wleźli na wulkan i podjechali pod lodowiec. Jedno drugiemu założyło lodowy pierścionek na palec, składali zgodnie dłonie w kształt serca przy zachodzącym słońcu, a w najostrzejszym islandzkim wietrze zwiedzali czarne plaże i wygrzewali ciała w gorących źródłach. Ale wszystko po kolei.

    Wybujali się jak na huśtawce, prawie do porzygu, na promie Herjolfur, by poczuć islandzkie 3 metrowe fale na własnych, polskich ciałkach. Poczuli też deszcz i wiatr, ale i nieśmiałe promienie słońca i spokój, który docenia się tak wyraźnie w kontraście do zwyczajowej pizgawicy. Wspięli się na najstromszy klif Vestmannaeyjar -Heimaklettur, by podziwiać coroczne, tradycyjne ściąganie owiec ze skalnych przepaści. Wieczorem popili mocniejszego, wygrzewającego trunku, który też zdaje się smakować lepiej, z akompaniamentem deszczu i wiatru za oknem. 

    Pokazałam im pole golfowe wchodzące w ocean i cypelek, na którym zwyczajowo roi się od maskonurów. Oto właśnie jaskrawe kolorki Islandii. 

    Pojechali też do Viku, gdzie śladem Justina Biebera, chciałam wraz z Tomkiem zadeptać słynny wrak samolotu na czarnej plaży. Okazało się, że spacer w dwie strony to 7 km marszu. Niby luz, ale z wiatrem, który pozwala poruszać się tylko tunelem powietrznym, wytyczanym przez osobę z przodu, przemienia się to łatwo w wysiłek dwukrotnie większy, a nawet ponadludzki. Daliśmy radę, było ciężko, pomagał Michael Jackson i jego wietrzna Earth Song oraz mnogość frajerów, którzy targnęli się na tę wyprawę, tak jak i my. W drodze, z której widać tylko czarny niekończący się żwir spędziliśmy 2 h, przy wraku samolotu 10 minut. Słowo wiało nie oddaje tego, co faktycznie się tam działo. 

    Mnie osobiście bardziej inspirowały dźwięki wygrywane na wraku samolotu przez huragan, niżli sam aeroplan. Niedługo potem okazało się, że na tej trasie w zeszłym roku zginęła dwójka młodych turystów. Zabiła ich hipotermia, której nabawili się w nagłym sztormie śnieżnym, kilkadziesiąt metrów od parkingu. My mieliśmy więcej szczęścia. Na pamiątkę silnego wiatru wyhodowaliśmy z Tomkiem po opryszczce. 

    Pojedliśmy też ryb, największego skarbu islandzkiej kuchni. W restauracji, ale i z lunchboxa na stacji benzynowej. Podgrzaliśmy rybkę elegancko i do sucha w mikrofali, w którą wyposażona była stacja, a w fakt który, Kasia i Tomek nie mogli uwierzyć. Wypiliśmy też kawę z autobusu przerobionego na kawiarnię, gdzie mieszkały dwie wesołe kobiety z Ameryki i kotek bez nóżki. Tu jest świat, tu jest życie powtarzali zgodnie Kasia i Tomek. 

    W nagrodę dostali piękny, różowo-krwisty zachód słońca odbijający się w ciemnej tafli jeziora polodowcowego. Niebieskość małych gór lodowych na wodzie pięknie grała z tymże, wyczekiwanym światłem golden hour. Widzieli też głowy dwóch fok beztrosko nurkujących w mroźnej wodzie Jökulsárlón. Wodospady i tęcze powoli przestawały robić na nich wrażenie. 

    W aucie zamiast Björk czy Sigur Ros, słuchaliśmy polskiego hip-hopu i mądrości Kasi Nosowskiej. Mieliśmy szczęście przemierzać islandzkie drogi legendarnym i fotogenicznym Suzuki Jimny w kolorze złota. Dojechał on także do Reyinsfjary. Plaży w otoczeniu bazaltowych słupków, na której fotografowałam się po zeszłorocznej imprezie sylwestrowej z ukochanym Billym. 

    Tym razem rodacy z Viku ugościli nas, aż miło, rozrzucając materace na drewnianej podłodze starego domu kultury Eyrarland, niedaleko słupkowej plaży. Tenże budynek przejęli od Iokalsów. Grają w nim muzykę, oglądają filmy na projektorze i ćwiczą jogę, czyli robią wszystko, żeby z godnością przetrwać długie, wietrzne, zimne islandzkie wieczory. 

    Następnego dnia przy latarni Dyrhólaey Tomek starał się tańczyć jak wspomniany Justin B., podczas, gdy Kasia z aparatem w dłoni, i w romantycznym zamyśleniu fotografowała roztrzaskujące się w czerni, białe fale. Mężczyźni mają swoje drogi, a kobietki swoje. 

    Na stacji benzynowej zjedli jednak zgodnie fast food, typowe dla Islandczyków burgerki z kokteil sosa, czyli miksem keczupu i majonezu. Tomek jak zawsze podjadał Kasi, a ja broniłam przed nim zarówno jej, jak i swojej porcji. Czubiliśmy się tak i lubiliśmy przez większość wyjazdu. Z nudy i dla zabawy. 

    Do Blue Lagoon, najsłynniejszego SPA Islandii, wybraliśmy się w ramach słodkiego finiszu. Świętowaliśmy z darmowym drinkiem w ręce udany wyjazd Kasi i Tomka, i kolejny, tym razem samotny, pobyt na Islandii mój. Nałożyliśmy krzemionkowe maski na twarz i z telefonami w górze pstrykaliśmy zdjęcia jak najęci. Foto gorączka nie trwała w nieskończoność. Zrelaksowaliśmy się za wsze czasy. Leżąc i spacerując po gorącej, mleczno-błękitnej wodzie, która w gruncie rzeczy jest odpadem, ze znajdującej się obok elektrowni geotermalnej. Kopci się z niej i paruje aż miło. Umieszczone na wodzie bary oferowały wybór trunków i maseczek, a skóra i samopoczucie po tychże nabierały po równo blasku i delikatności. Ponoć należy przed wodą chronić swoje złoto i włosy. Nam nie uszkodziło się żadne z wymienionych. Tomek wypocił więcej niż wypił, co było ostatecznie nieopłacalne, oraz zarezerował bilety tak, że właściwie ich nie było, przez co musieliśmy nadpłacić, aż po około 300 złotych od głowy. Był jednak ważny powód jego rzeczonego roztargnienia… 

    Otóż wspaniała Paulina, która zawsze dzielnie gości nas w Reykjaviku, wysłała całą naszą bandę na śniadanie do pięknego Kaffihus Vesturbaejar. A tam, jak gdyby nigdy nic, kawkę piła sobie Björk. Biedny zatem, rozproszony Tomek, próbował bukować bilety ze wzrokiem uciekającym na twarz starzejącej się miło artystki. Wszyscyśmy faktem tym byli żywo podnieceni, a zdawało się, że mieszkańcy stolicy mają sobie widok gwiazdy za nic. Gapiliśmy się zatem ile wlezie my, łudząc się, że robimy to z klasą i umiarem. Is that really you? chciałam zapytać odważna ja. W końcu zatrzymaliśmy się tylko na fotografii telefonem, ukradkiem, niby to chcąc uwiecznić soczystość podanego śniadania. Może hit, a może kit. Śniadanie i kawa smakowały jednak lepiej niż u Tiffaniego. 

    Na przeciwko tejże kawiarni można chłodzić i podgrzewać emocje w wodach basenu Vesturbaejarlaug. Cały ulokowany na zewnątrz, z wanienkami gorącej wody opatrzonymi selekcją temperatur i zimniejszym basenem pływackim. Pływasz na pleckach i patrzysz w niebo. Ponoć pływa i saunuje tam też rzeczona Björk. Kasia i Tomek też byli, i nadziwić się nie mogli, jak bardzo Islandia basenami stoi.

    To chyba tyle. Przyjaciele odlecieli już do skłopotanej ojczyzny, ja za kilka dni także żegnam się z Islandią. 

    Do pełni szczęścia Kasi i Tomkowi zabrakło tylko wyrazistych auror borealis. Mnie chyba tylko Billiego, bo zabrała go Norwegia.

    Dziękuję zatem za dobre zarobki, pyszną rybkę, skrzętnie dawkowane promienie słoneczne i mnogość witaminy D w słynnym islandzkim tranie LÝSI. Wędrówki po klifach na mojej wysepce Heimaey, które dają chwilowe poczucie raju i wytchnienia, no i baseny, bo jestem istotą na wpół wodną. Za używane ubrania wysokiej klasy, skipy i deszcz, który pozwalał na skupienie się wreszcie na odkładanych na później filmach, książkach i pasjach. Za samotność, co pokazała, że tęsknić też jest cnotą.

    PA PA ISLANDIO I ARRIVEDERLA VESTMANNAEYJAR.

    PS. Fotografie pstrykały wybitne Katarzyna Ładny i  Paulina Mąka, tekst pisałam ja, a motywował Tomek Indyk. W grupie siła.

    PS.2. Ostatnie zdjęcie z drona zhakowałam ze strony słynnego islandzkiego fotografa Bragi Thora. Jak nienawidzę dronów, tak kocham baseny. Yo.

  • Sycylijski vanlife

    Sycylijski vanlife

    Podbiliśmy kolejną włoską wyspę. Legendarną Sycylię. Zrobiliśmy to w nowym, ciekawym stylu, i w nowym, podpimpowanym vanie. Przez miesiąc okrążaliśmy ją razem z naszymi kolegami z aroundthecraft.  Wynieśliśmy tym samym standard vanlife’owego podróżowania na nieznane nam wcześniej poziomy.

    Połączyliśmy siły, uderzyliśmy ze zdwojoną mocą, mieliśmy wszystkiego więcej, w tym wygody i spostrzeżeń. Wiecie jak to jest, kiedy łączymy nasze koce plażowe, z kocami znajomych, parawany z ich parawanami i samoistnie tworzy się niezdobyta, nadmorska twierdza, gdzie tyle się dzieje i połowa piasku należy już do was. Kolega koleżanki donosi jagodzianki, przyjaciółka służy kremem do opalania, a ktoś inny gazetką. Jest weselej, ale i bezpieczniej. Wrażenia się namnażają. 

    I tak było z nami. Na dwa vany, dwie kuchnie, dwa łóżka, dwa stoły, cztery krzesła i cztery umysłowości. Mężczyźni zajęli się grillowaniem, logistyką parkingową i prowadzeniem domopojazdów, a my kobietki mogłyśmy się oddać słodkiemu przeżywaniu chwil, gotowaniu na gazie i malowaniu paznokci. Podział może i staromodny, ale w trasie wciąż funkcjonalny. 

    IMG-0610-2
    IMG-0753

    Zaczęło się od plaż Kalabrii. Pierwszą noc zasypialiśmy w hipnotyzującym rytmie żabiego rechotu. Ich koncert wspomogło wypite uprzednio WC (wóda z cytryną) i szum wody z pobliskiej kaskady. Obudziliśmy się z pięknym widokiem na miasteczko Polla i mniej pięknymi, licznymi kleszczami w sierściach naszych psów. 

    Kalabryjski weterynarz zakropił i zabezpieczył psiska, a my mogliśmy bez wyrzutów rozpocząć prawdziwe dolce vita, które miało ciągnąć się blisko przez miesiąc. Pierwsze aperitivo przy plaży, brodzenie w morzu i słodki relaks w cieniu drzew piniowych. Dołóżcie do tego zwiedzanie małych, antycznych wiosek, mnogość oldskulowych zabytków i Tropeę– włoską ojczyznę czerwonej cebuli. Jako Polacy podwójnie doceniliśmy lokalną dumę z upraw i smaku tegoż warzywa. Łagodna i świeża, cieniutko pocięta, pokrywała pizzę niczym zwyczajowa mozzarella. Zeszliśmy Tropeę wzdłuż i wszerz. Położona na skalistym, morskim urwisku, z kościołem wchodzącym w wodę, realizowała najśmielsze wizje włoskich wakacji. 

    Spaliśmy pod rozgwieżdżonym niebem, w bezpiecznym dwu-vanowym obozowisku z tytułowego zdjęcia. Cykająca trawa, spadające gwiazdy i niezidentyfikowany pociąg latający na niebie (5G) to coś, czego pokoje hotelowe nie mają w ofercie. 

    Niewątpliwym plusem vanlifu połączonego, jest wzajemna motywacja do porannej gimnastyki. Razem z Emilią, co jakiś czas, wynosiłyśmy nasze maty z aut i rozrzucałyśmy je niedbale pod drzewkami oliwnymi, na piasku plażowym czy przydrożnej trawie. ASICS ludziska. Mężczyźni przy kubku kawy dywagowali nad skomplikowaną logistyką naszej wyprawy. Zajmowali się parkingami, toaletami, przystankami i innymi tego rodzaju nieistotnymi sprawami. 

    Cośmy zatem widzieli i nakazujemy wam zobaczyć? 

    Z Mesyny po przeprawie promowej wyruszyliśmy wschodnim wybrzeżem do Taorminy. Musicie tam jechać. Zaparkowaliśmy na platformowym, stromym parkingu z jednym drzewem, co dawał ulgę dwóm vanom i dodatkowo zapewniał widok na Isola Bella. Ta wyspa jest wisienką na torcie Taorminy, z ogrodem tropikalnych roślin i skalistym wybrzeżem, co sprzyja nurkowaniu z rurką. Tam Bilii skusił się na tajski masaż w stylu “harder, harder” u plażowej sprzedawczyni własnych umiejętności prosto z Azji. 

    W sklepie ceramicznym don Corleone można nabyć prawdziwe, rzemieślnicze, kolorowe cuda wianki, a w Rosticceria Antiqua zjeść najlepsze na Sycylii arancini z pistacją i mortadelą.

    Dla spragnionych krioterapii w otoczeniu śliskich, bazaltowych słupków polecamy zzucie butów i spacer korytem rzeki Alcantara. A dla amatorów ognia nocleg na jednym z parkingów pod wulkanem Etna. Tej jednej jedynej nocy wykorzystaliśmy świeżo zamontowane w vanie ogrzewanie postojowe webasto. Oczu nie zmrużyliśmy na długo. Dziwne, wulkaniczne odgłosy nie pozwalały skupić się na spaniu. Wciąż polecamy. Widowisko i słuchowisko nie lada. Do tego poranny spacer po wygasłych, otwartych kraterach z widokiem na Katanię. 

    Jak już Katania, zachęca do nagrania, to warto wspomnieć o tamtejszym markecie. Jeśli komuś brakuje wielkomiejskiego syfu i zgiełku, a przy okazji chciałby się zaopatrzyć w świeżą rybę i wszystkie możliwe warzywa po 1 euro za koszyk to this must be the place. 

    Zahaczyliśmy też o Syrakuzy, a raczej parking z widokiem na nie, gdzieśmy na skalistym wybrzeżu zgrillowali hojnie pyszne katańskie ryby. Zapomniałam dodać, że nową jakością vanlife, są nadmuchiwane kajaki. Właśnie pod Syrakuzami zaliczyliśmy jeden z pierwszych morskich przepływów, łączony z wpływami w groty skalne. My to kochamy, pieski mniej, ale dzielnie oswajają się z życiem lwów morskich. 

    Byliśmy też w Syrakuzach właściwych, gdzie wiedzione turystyką ceramiczną z Emilą nabyłyśmy kolejne wytwory lokalnych rąk, a Karol zafascynowany wchodził do każdego jednego kościoła i zjadł wreszcie te słynne lody pistacjowe w bułce. 

    Jak chodzi o lody to najlepsze według nas dawali w Noto. W najstarszej, ponoć legendarnej kawiarni Sicilia w centrum. Ja osobiście lizałam te o smaku bazylii i truskawki. Inni niech mówią za siebie. Upał był bowiem, co niemiara, a te chłodziły, aż miło. W ustach pozostawiały przyjemny posmak zimna, a nie cukru. Z ciekawostek na schodach katedry w Noto pokazywał się nasz rzeźbiarz Mitoraj, a z jego posągami chciał fotografować się każdy turysta. 

    Spaliśmy w plażowej miejscówce vanowej w Marzamemi, znalezionej oczywiście dzięki Park4night. Kto nie zna tej apki ten trąba. Ściągajcie już dziś. Polecamy też techno do wieczornego mycia zębów, impreza i higiena w jednym.

    Śniadanie zjedliśmy w pełnym słońcu, które kazało bardzo szybko schować produkty spożywcze do vanów, a ciała własne do wody lub cienia. Pieczywo o poranku dowoził na miejsce lokalny piekarz. La dolce vita poziom nieosiągalny. 

    Ciężko było zwiedzać Marzamemi w takim skwarze, więc zamówiliśmy po fritto misto i małym piwku, a następnie oddaliliśmy się w kierunku Portopalo. To najbardziej wysunięty na południe punkt Sycylii. Zapiaszczony, co sprawiło, że psy miały zabawy ile wlezie, gdyśmy my wylegiwali się na przyjemnie rozgrzanych wydmach. Nieopodal znaleźliśmy gospodarstwo agroturystyczne, co dawało najlepsze pomidory, jakie pamiętam wyłącznie z czasów wczesnego dzieciństwa, i które można doprawiać tylko solą, bo niczego więcej im nie trzeba. Kupiliśmy po skrzynce, słoik caponaty z gęstą, wyśmienicie gorzką, ichniejszą oliwą oraz marmoladę cytrynową na spróbowanie. Wszystko zjedliśmy wymęczeni upałem w vanie jeszcze tego samego wieczoru. Lepszej recenzji nie znamy. 

    W Modica mieliśmy wieczorny night ride. Widowiskowo pnie się to miasteczko po skałach i ponoć dają tu najlepszą czekoladę we Włoszech. Ktoś próbował? 

    Zobaczyliśmy też trochę interioru sycylijskiego. Naciskał Billy jako stary hiker. Od rana w klapkach penetrował wyschnięte dolinki, po których niebezpiecznie ślizgały się czarne węże. Ja postawiłam na piknik pod wiszącą skałą w przyjemnie mokrej, zimnej koszulce, którą nurzałam, aż miło w wytęsknionej fontanience, znalezionej po drodze. 

    Zwiedziliśmy Ragusę, z młodym przewodnikiem, który napatoczył się sam i z braku lepszego zajęcia, jak mówił, łaził z nami. Pokazał, gdzie liże się w Ragusie lody, a my znaleźliśmy piekarnię, która serwowała najlepszą sciaccie. Koniecznie spróbujcie tego wypieku, a najlepiej zróbcie to w Ragusie. 

    Przeszliśmy się też znanymi ceramicznymi schodami w Caltagirone, ojczyźnie słynnych głów Maurów, które na Sycylii znajdziecie wszędzie. Miałam na nie chętkę, ale kosztują nawet 200 euro za sztukę. Obeszłam się zatem ich widokiem. Spaliśmy na parkingu pod opuszczonym kościołem w San Pietro. Sny mieliśmy różne, a śniadanie smakowało inaczej. Zamiast modlitwy popatrzyliśmy przed siebie w rozpalany słońcem poranek i ruszyliśmy dalej. 

    Polecamy wam też odwiedzić Favara Cultural Park. Miejsce niecodzienne, sztuka współczesna w przestrzeniach starych, rozpadających się kamienic. Piękne inspiracje wnętrzniarskie i zazielenianie wszystkich kątów, łącznie z sadzeniem drzew w pomieszczeniach bez dachu. Wspaniale. 

    W sklepiku sprzedawali pierścionki. Wśród nich Billy znalazł jeden z okiem, dokładnie takim, jak w naszym blogowym logo inmysecretlife.pl. Przypadek? Nie sądzę. Mam na palcu także teraz, kiedy to piszę. 

    Na nocleg nieopodal Agrigento jechaliśmy 10 km/h, dziurawą drogą, przez blisko 20 minut. Witani przez dwa wspaniałe, przyjazne psy, w akompaniamencie bzyczenia owadów wjechaliśmy na wielką równinę z widokiem na morze. Dla takich noclegów wymyślili vanlife. Zgrillowaliśmy, co mieliśmy i włożyliśmy to w siebie przy zachodzącym słońcu. Niczego więcej mi nie trzeba.

    Agrigento z jego kompleksem architektonicznym na miarę Aten obejrzeliśmy przez lornetki, a Scale dei Turchi z perspektywy kajaka. Wyśmienicie ich alabastrowa konstrukcja kontrastowała z błękitem wody. Pływajcie na kajakach ludzie i zawsze miejcie przy sobie dobrą lornetkę. 

    Słuchajcie tego, znaleźliśmy karczmę Czarci Młyn w sycylijskim stylu. W Eraclea Minoa natknęliśmy się na włoskie wesele. Kobietki przystrojone jak ja na studniówkę, z lokami i kokami, mężczyźni w różowych koszulach i z żelem we włosach. Siedzieliśmy do końca. Billy i Marek nie odpuścili ostatnich kawałków pizzy i łyżek risotto. Wychodzili z jedzeniem jeszcze widocznym w gardle. Gula protein ponoć trzymała ich trzeźwymi całą noc. Mieli dzięki temu siły, żeby o poranku zwiedzać ruiny podupadłej wioski Eraclea Minoa właśnie, z jej skromnym muzeum etnograficznym.

    Co działo się później niech zostanie słodką tajemnicą. Rzucę tylko parę słów kluczowych. Plaża, ujście rzeki Platani, piasek, dziwni mężczyźni, masaż shiatsu, trwoga.

    A potem była Caltabelotta i miłość od pierwszego wejrzenia. Panelle w barze na wzgórzu, to jest placki z ciecierzycy i ziemniaków w formie smażonych kwadracików, które fajnie wchodzą z majonezem. Też sycylijska specjalność. Kolację zjedliśmy w dziwnej grocie, po interwencji Sycylijki, która stała na balkonie i służyła poradą. Zajadając się ricottą, dowiedzieliśmy się od obsługi, że na miejscu można kupić fajne mieszkanie z tarasem, już od 20 tysięcy euro. Mało tego, jakiś Polak z tvn, już to zrobił. Noc zatem mieliśmy z głowy, a sycylijski apartament od tamtej pory mocno tkwi w naszych zakręconych mente. Panorama rozciągająca się z ulic Caltabellota była bowiem nieprzeciętna. Widoki jak z drona lub samolotu, a jednak z ziemi. Można? można. 

    Z Marsali zapamiętałam tyle, że przez nią przejeżdżaliśmy, w porcie był bardzo bogaty jacht, a my gapiliśmy się na niego liżąc lody. Zapamiętałam też mandarynkowo- pistacjowy smak tych moich. 

    Niedługo później obudziłam się przy plaży Petrosino, żeby raczyć oczy widokiem pochylonych nad brzegiem morza plecków Marka i Billiego, którzy to wraz z lokalnymi aktywistami zabrali się za zbieranie śmieci i plastiku. Trzeba przyznać, że Sycylia ma problem z wystającymi z każdego zakamarka, beztrosko wyrzucanymi na środek drogi i plaży, odpadami. Może to mafia powinna się tym problemem zająć. Dwa problemy rozwiążą się symultanicznie, albo przynajmniej sobą zajmą. Syf szpeci bowiem skutecznie wiele naturalnie pięknych miejscówek. 

    Wieczorem całą spaloną słońcem czwórką (przyp. Billy, Marek, Emilia, Ja) dreptaliśmy już wzdłuż solnych basenów tzw. salinas w Trapani. Zachód słońca w tym miejscu inspirował do fotografii nas i zakochane pary. Podobno to tutaj można zdobyć najlepszą na wyspie sól. Marek z Billim dzielnie targali w siatkach po 2 kg tegoż kruszcu. Wieczorem jedliśmy i piliśmy jak królowie. Pizze na ławce przed ristorante w autentycznym sycylijskim stylu z bakłażanem w bułce tartej i świeżym tuńczykiem. Przepijaliśmy ją jak należy ulubionym piwem Marka Cerez o volt. 7,7%. Ostatnią butelkę tego trunku rozlaliśmy już w vanie na 4 kubki do snu i mycia zębów. Polecamy ten alkohol tym, którzy lubią się tanio i przyjemnie podchmielić. 

    Byliśmy też w Erice. Tam Billy kupił mi dwie kule ryżowe nadziewane serem i pomidorami tzw. arancini, sycylijski klasyk. Okazało się, że jest to ojczyzna ręcznie plecionych, wzorzyście kolorowych dywanów. Nabyliśmy taki do vana i uwierzcie, że wygląda zjawiskowo. Dekoracje podróżne w vanie to podstawa. Z tymże nowym skarbem przeżyliśmy cudowny zachód słońca nad San Vito lo Capo. Wyglądał on tak, jakby nad horyzontem właśnie wybuchła bomba z czerwonej farby, i nie mogła się zdecydować, który odcień jest najbardziej stylowy. Nawet nasz wierny, pieski kompan Farelski był pod wrażeniem piękna tej chwili i znieruchomiał na dywanie. 

    Trochę uwagi należy się też miasteczku Scopello. To w jego okolicy znajduje się słynna Riserva Naturale dello Zingaro, którego to obszaru nie udało nam się spenetrować, w związku z zakazem wstępu doń psów. Jeśli one gdzieś nie idą, nie idziemy i my. Nie przeszkodziło nam to jednak w dwukrotnym noclegu na darmowym, pięknie usytuowanym parkingu przed wejściem do tegoż rezerwatu. Tam zobaczyłam swój pierwszy na Sycylii wschód słońca. Stało się to tylko dlatego, że zbudzona zostałam własnym okresem, który domagał się interwencji. Miesiączki w terenie mają zatem i swoje widowiskowe strony. 

    Zamiast rezerwatu udaliśmy się na przyjazną psom plażę Mazzo di Sciacca. Tam Billy próbował rozładować stres, związany z zakazem wejścia do rezerwatu, ryzykowną wyprawą kajakiem na wysokich falach, snorklingiem w głębokich skałach oraz pływaniem z boją pod prąd. Ja wybrałam ręcznik i dmuchany materac z przezroczystym dnem na przybrzeżnych falach. Faceci mają swoje drogi, a kobietki swoje. Czyż nie?

    Potem było Palermo. A na trasie do niego jedna z bardziej zaśmieconych plaż, jakie widziały moje oczy. Mafio, jeżeli to czytacie, proszę o interwencję. 

    Na noclegi w większych miastach wybieramy zwyczajowo kempingi, żeby bezpiecznie zostawić vany na czas zwiedzania. W Palermo był to bardziej betonowy parking niż kemping, ale prysznice na żetony działały, aż miło. W sąsiedztwie zaparkował polski kamper, a na jego pokładzie młodzi żonglerze uliczni. Podczas gdy Billy z Markiem dzielnie się integrowali, my z Emilą słodko już spałyśmy. Mężczyźni mają swoje drogi, a kobietki swoje. Czyż nie?

    W Palermo zaliczyliśmy przechadzkę dzielnicą Vucciria i aperitivo w afrykańskiej knajpce, gdzie odbywało się szalone jam session, zagłuszające wszystko i wszystkich. Piliśmy pikantne drinki z imbirem i przegryzaliśmy warzywne przystawki. 

    Z ciekawszych dzielnic, w Calsa zasiedliśmy w obskurnym barze z lokalsami, gdzie wysysaliśmy z muszelek ślimaki, po które ustawiały się kolejki u ulicznego handlarza, co doprawiał je winem i czosnkiem. Piliśmy też chinotto na ceramicznie chłodnych, kolorowo kropkowanych ławkach nad samym brzegiem morza. Na kolacje udaliśmy się do słynnej Ferro del Cavalo. Kolejka chętnych na stolik była długa. Na złość kelnerom i światu grzaliśmy nasz do samej północy. Zawsze mieliśmy w sobie ducha rebelii.

    O poranku opuścili nas przyjaciele z aroundthecraft, a my skierowaliśmy vana w stronę Cefalu. Zjedliśmy tam kojącą kolację z risotto z owocami morza w La Botta i pastą Norma- z ricottą i bakłażanem też typową dla Sycylii. Vana ustawiliśmy na kempingu w pobliskim San Felippe, który zresztą mocno polecamy. Przestrzenny, dobrze zorganizowany, z własną, przytulną plażą i stanowiskami z widokiem na morze. Syciliśmy oczy i uszy zjawiskiem roztrzaskujących się fal, a ciała plażowaniem i snorklingiem do późnych godzin wieczornych. O 19.37 odjechaliśmy specjalnym autobusem do centrum Cefalu, jak rasowi turyści, totalnie zrelaksowani. 

    Na deser zostawiliśmy sobie miejscowość Corleone. Domniemaną kolebkę sycylijskiej mafii, od której nazwisko wziął główny bohater Ojca Chrzestnego. Tam poznaliśmy różowowłosą rodaczkę Marzenę. Zatrzymała nas na amaro i wyszeptała, że w Corleone nadal pachnie mafią. Przedstawiła swojego chłopaka, a pewny uścisk jego dłoni i zawadiacko tajemniczy wzrok mógł świadczyć tylko o jednym. Cała rozemocjonowana roztrząsałam z Billym, czy oto poznaliśmy prawdziwego mafioza, czy to tylko magia Corleone i włoskiego spojrzenia zrobiła mnie na szaro. 

    Co się jednak podnieciłam to moje, emocje podgrzałam jeszcze mocniej w Termach di Segeste, które niezwykle trudno było znaleźć pośród ciemności. Gdy prowadzeni przez lokalsa w końcu wsiedliśmy w gorącą wodę (42 stopnie), w tej samej chwili wylazł z niej szczur. Cóż siedzieliśmy dalej. 

    Spaliśmy na parkingu przy tychże termach, pośród starych podpasek, puszek i butelek po piwie. W nocy rozpętała się długa burza z piorunami, a że zjazd na tę miejscówkę był stromy i błotnisty, przede mną obudził się strach. Okazało się, że w świetle dziennym wszystko wygląda łagodniej. Skusiliśmy się zatem na jeszcze jedno posiedzenie w termalnej wodzie. Co za relaks. Nie bójcie się na zapas i korzystajcie z gorących błogosławieństw.

    Zaliczyliśmy ostatni plażing i pamiątkowy shopping w Palermo, by o 18 wjechać triumfalnie na prom z Palermo do Livorno i rozpocząć powolną drogę powrotną do ojczyzny. 

    Na statek wsiedliśmy z workiem czereśni. Pluliśmy pestkami w morską toń skandując pod nosem: VIVA SICILIA I VIVA VANLIFE!

  • Oda do basenów

    Oda do basenów

    Przyznaję to otwarcie i z dumą. Jestem uzależniona od basenu, a pływanie to chyba mój ulubiony sport. Tak się składa, że Billy za dzieciaka trenował w klubie pływackim Orka Grudziądz. Przypadek? Nie sądzę. Oboje czujemy się jak ryby we wodzie, chociaż skoki z wysokich trampolin dalej nas trochę przerażają. Szczególnie mnie. 

    No to zgadnijcie co? Islandczycy też kochają baseny. Te termalne wyjątkowo, ze słynną Blue Lagoon na czele. W każdej małej mieścince znajdziecie halę basenową. Dla moich zmysłów to trochę ziemia obiecana, dlatego jesteśmy tu już pół roku. 

    Tą notką chciałam oficjalnie oddać cześć basenowi na wyspie Heimaey, Vestmannaeyjar. Jako, że mieszkamy w domu oddalonym odeń 2 minuty spaceru, jestem tam codziennie. Piję kawkę, a jeśli przy szczotkowaniu zębów odczuję potrzebę kąpieli, to zamiast brać prysznic w domu (btw. nasza łazienka nie jest wymarzoną) lecę na basen. Łączę przyjemne z pożytecznym. Dzięki temu nawykowi usprawniłam swoją żabkę, przełamuję kraula i rozluźniam plecki. Billy w specjalnych łapkach, imitujących błony międzypalcowe robi bicki i klatę. Do kraju wrócimy wzmocnieni, że aż strach. Oby nie było żadnego bach.

    Szanuję cię zatem basenie pływacki, ale i was ciepłe wanienki z wodą termalną, gdzie mogę wygodnie odpoczywać w rytm rockowych przebojów nadawanych z głośnika. Jako, że część basenowa z ciepłą wodą ulokowana jest na otwartym powietrzu można do woli palić oczy słońcem lub chronić uszy przed porywistym wiatrem, a wieczorami wgapiać się w gwiazdy, a nawet zorze polarne. Podglądać pierwsze flirty lokalnych nastolatków, którzy z braku dyskoteki, w piątkowe wieczory, spotykają się i podrywają na basenie właśnie. Śledzić trendy w aktualnej modzie kąpielowej czy poszukiwać okularków do pływania idealnych. P.s moje śledztwo trwa nadal, także czekam na porady, jeśli ktoś dorobił się szczelnych, nieparujących oksów.  

    Kręcą mnie też szatnie i prysznice basenowe. Jakiś rodzaj prostoty i symetrii, który w nich panuje. Zamieszczam zatem parę zdjęć z szatni naszego basenu, tego z Reykjaviku i najstarszego basenu termalnego na Islandii. Turystyka basenowa. W tym kierunku powinien iść ten kraj. Dodatkowo sfotografowałam maszynę służącą do wyciskania mokrego stroju, na którą natknęłam się po raz pierwszy w mojej wodnej karierze. Skutecznie wyżyna całą wodę, pot potreningowy i smutki.

    Pływajcie ludzie. I uwielbiajcie baseny.

    PS. Otwarty basen to kolejny plus spędzania czasów koronawirusa na Islandii. Zamknięto go tylko na miesiąc w grudniu, od tamtej pory hula, aż miło. 

    PS. 2. Dodatkowym bonusem basenowym jest możliwość spotkania rozebranej, znanej osoby. W Reykjaviku widzieliśmy Tomasa Lemarquisa, słynnego Noi Albinoi, a kolega chwalił się, że siedział w saunie z Bjork. Czujecie?

    Słynna suszarka do ubrań poniżej 

    English version:

    I admit it openly and proudly. I’m addicted to the pool and swimming is probably my favorite sport. It just so happens that Billy trained as a kid in the school’s swimming section. Case? I do not think so. We both feel like fish in the water, although jumping from high trampolines still scares us a bit. Especially me.

    Then guess what? Icelanders love swimming pools too. The thermal ones are exceptionally well-known, with the famous Blue Lagoon at the forefront. In every small town you will find a swimming pool hall. For my senses it is a bit of a promised land, so we’ve been here for half a year.

    With this note I would like to officially pay tribute to the Heimaey Island Pool, Vestmannaeyjar. As we live in a house 2 minutes walk away, I am there every day. I drink a cup of coffee, and if I notice the need to take a bath while brushing my teeth, instead of taking a shower at home (btw. Our bathroom is not perfect) I go to the pool. I combine business with pleasure. Thanks to this habit, I improved my frog, break the crawl and loosen my back. Billy in special paws, imitating interdigital membranes, makes beats and chests. We will return to the country strengthened that it is scary. May there be no bam.

    So I respect you in the swimming pool, but also warm tubs with thermal water, where I can comfortably rest to the rhythm of rock hits broadcast from the loudspeaker. As the swimming pool area with warm water is located in the open air, you can burn your eyes with the sun or protect your ears from gusty wind, and in the evenings you can stare at the stars and even aurorae. Watch the first flirting of local teenagers who, due to the lack of a disco, meet and pick up at the pool on Friday evenings. Follow the trends in the current bathing fashion or look for the perfect swimming goggles. P.s my investigation is still ongoing, so I am waiting for advice if someone has acquired tight, non-steaming oxides.

    I also enjoy changing rooms and pool showers. Some kind of simplicity and symmetry that reigns in them. So here are some photos of the changing rooms of our swimming pool and the oldest thermal pool in Iceland. Swimming pool tourism. This is the direction that this country should go. In addition, I photographed a machine for squeezing a wet outfit, which I came across for the first time in my aquatic career. It will effectively remove all water, post-workout sweat and sorrows.

    Swim people. And love the pools.

     

  • Białe obłoki

    Białe obłoki

    Powracam z piękną historią. Jesteśmy nadal na Islandii, a konkretniej na wyspie Heimaey, archipelag Vestmannaeyjar. Było już o maskonurach, które są symbolem tego miejsca. Teraz będzie o wielorybach, bo być tutaj i nie odwiedzić akwarium Sealife Trust po prostu nie wypada. Aktualnie to szczelnie zamknięte koronawirusem i zimą miejsce. Dostaliśmy się doń dzięki kontaktom, które uzyskałam w poprzedniej pracy. Billy miał urodziny, a czy prezentem na miarę czasów nie jest wizyta u dwóch bieług ocalonych z Szanghajskiego cyrku. Chyba tak. 

    To do rzeczy. Dwie kobietki- Little Grey i Little White, lat około 13-14, waga blisko tony, długość trzy metry, stopień pokrewieństwa nieznany. Absolutnie białe. Złowione na Syberii w pierwszym roku życia, później regularnie występowały w chińskim cyrku, aktualnie żyją na Islandii, po wielkiej operacji logistycznej-podróży z użyciem samolotów i promów (dla chętnych polecam dokument John Bishop’s Great Whale Rescue z kulisami transportu wielorybów). Latem bytują w basenie utworzonym z oceanicznej zatoki, zimą w akwarium. Pierwsze rezydentki jedynego na świecie sanktuarium dla bieług. I my. Trochę przestraszeni, trochę zaciekawieni. Z głowami pełnymi pytań o cel i sens całej tej sensacji.

    Poniżej letnie sanktuarium wielorybnicze.

    Letnie sanktuarium

    I zimowe akwarium.

    Otóż, uczestniczyliśmy w sesji karmienia bieług. Ostatniej z trzech w ciągu dnia. Dowiedzieliśmy się, że w zatoce tylko jedna oswoiła sztukę polowania na ryby, przynosiła je czasem ludziom przechwalając się swoimi zdobyczami. Nie wiadomo jednak czy zjadała je czy nie. 

    Od małego przyzwyczajone do kontaktu z ludźmi zachowują się jak dwa wodne pieski. Wybaczcie zestawienie, ale samo ciśnie się na język. Uwielbiają, gdy obok jest człowiek, chcą być dotykane, przytulane, karmione, zabawiane. Popisują się opanowanymi za młodu, w cyrku sztuczkami. Mają różne charaktery, jedna towarzyska i otwarta, druga nieśmiała i mniej ufna. 

    Kiedy odchodzimy krzyczą o więcej. Gdy widzą nasze twarze przy szybie podwodnego akwarium, podpływają i kręcą koziołki. Są zazdrosne o kontakt z człowiekiem, potrafią nawet ze sobą walczyć. Trzeba karmić je równocześnie i chronić się uważnie przed jakimkolwiek przejawem faworyzowania którejś. Są tak dalekie od dzikości, jak są od Rosji i swoich pierwszych trenerów. 

    Projekt pełen jest pytań, odpowiedzi ciągle się szuka. Jak naprawiać to, co zepsuli już kiedyś inni ludzie? Czy jest im w oceanie faktycznie lepiej niż w akwarium, gdzie były non stop otoczone ludźmi, których uwagę uwielbiają? Ponoć boją się dźwięków burzy, silnego wiatru i statków, do których nie są przyzwyczajone przez lata zniewolenia. Nie potrafią same polować, a bycie na zewnątrz, bez ludzi wprowadza je nierzadko w apatię. Nie nauczyły się żadnych nowych sztuczek odkąd zostały przywiezione z Chin. Operacja pochłonęła już mnóstwo pieniędzy, a sanktuarium wielorybnicze i powodzenie tego projektu jest uważnie obserwowane przez wszystkie organizacje prozwierzęce. 

    Pytania nie mają końca. Jedno jest pewne. Nie należy maczać palców w dzikości. Naprawa szkód wyrządzonych przez bezmyślnych ludzi, szukających źródła dochodu to wielka i niekończąca się praca. Poza tym nikt nie wie czy, i jakie ma szanse na faktyczny sukces.

    Urodziny były sukcesem. To pewne. Wolałabym jednak, ja i solenizant, żeby cena tego sukcesu była niższa dla świata. W każdym razie sto lat Karol! Krzyczałam ja i wieloryby. Spotkanie z nimi było niesamowitym przeżyciem. 

    P.S. Jakość wideo jest słaba, ale chciałam Wam pokazać jak cudowne i słodkie są te białe stworzenia. I jak blisko im do piesków. Oraz białych obłoków. 

    English version:

    I come back with a beautiful story. We are still in Iceland, more specifically on the island of Heimaey, the Vestmannaeyjar archipelago. I have already written about the puffins, which are the symbol of this place. Now it will be about whales, because being here and not visiting the Sealife Trust aquarium is simply not appropriate. Currently, it is a place tightly closed with coronavirus and winter. We got to it thanks to the contacts I had obtained in my previous job. Billy had a birthday, and is it not a gift for the times to visit two beluga survivors from the Shanghai circus? I think so.

    Let’s get to the point. Two females – Little Gray and Little White, about 13-14 years old, weight close to a ton, length three meters, relationship unknown. Absolutely white. Caught in Siberia in their first year of life, later they performed regularly in a Chinese circus, currently they live in Iceland, after a large logistic operation – travel with the use of planes and ferries (for those willing I recommend the document John Bishop’s Great Whale Rescue with the details of whale transport). In summer, they stay in the pool formed by an ocean bay, in winter in the aquarium. The first residents of the world’s only sanctuary for beluga. And we. A little scared, a little curious. With heads full of questions about the purpose and meaning of this whole sensation.

    Well, we attended a beluga feeding session. The last of three of the day. We learned that only one in the bay had tamed the art of hunting fish, sometimes bringing them to people, bragging about their prey. It is not known, however, whether she ate them or not.

    From an early age, they are used to have contact with people and behave like two water dogs. Forgive me for the statement, but it comes to the mind itself. They love it when there is a person nearby, they want to be touched, cuddled, fed and entertained. They show off with their tricks mastered in  their youth in the circus. They have different characters, one outgoing and very open, the other shy and less trusting.

    When we walk away from them, they scream for more. When they see our faces at the glass of the underwater aquarium, they swim up and turn the billy goats. They are jealous of human contact, they can even fight with each other for it. You need to feed them simultaneously and protect yourself carefully from any display of favoritism towards one. They are as far from wild as they are from Russia and their first coaches.

    The project is full of questions, the answers are constantly being sought. How to fix what other people have messed up before? Are they actually better in the ocean than in the aquarium, where they were constantly surrounded by people whose attention they love? Apparently they are afraid of the sounds of the storm, strong wind and ships to which they are not used to during the years of captivity. They cannot hunt on their own, and being outside, without people, often makes them apathetic. They haven’t learned any new tricks since they were brought from China. The operation has already cost a lot of money, and the whaling sanctuary and the success of this project are closely watched by all animal organizations.

    The questions are endless. One thing is for sure. Don’t get your dirty human fingers too deep into the wild. Repairing the damage done by mindless people looking for a source of income is a great and endless job. Besides, no one knows if and what are the chances of actual success.

    The birthday was a success. That’s for sure. However, I would prefer, myself and the birthday boy, that the price of this success would be lower for the world. Anyway, one hundred years Karol! Me and the whales screamed. Meeting them was an amazing experience.

    P.S. The video quality is poor, but I wanted to show you how lovely and cute these white creatures are. And how close they are to the dogs. And white clouds.

  • Eg lifi og per munud lifa

    Eg lifi og per munud lifa

    Eg lifi og per munud lifa- Żyję i będę żył- wyczytałam na bramie wyspiarskiego cmentarza. Islandczycy nie odpuszczają łatwo, drogę do wieczności oświetlają sobie kolorowymi krzyżami. 

    Ja zawsze lubiłam polskie, listopadowe święto zmarłych. Za dzieciaka było to dla mnie duże wydarzenie towarzyskie. Na beskidzkiej wsi, pod rękę z kuzynkami, spacerowałam wzdłuż cmentarnych alejek, wkładałam palce w kolorowe woski palących się zniczy i podjadałam miodowe cukierki. Wpatrywałam się w ludzi i płyty nagrobne, nad którymi się modlili. W ten jeden jedyny dzień, dzięki kolorowym światłom, cmentarz nie wydawał mi się smutnym miejscem. Łaziłam tak, aż na każdym palcu zebrałam woskowy gips i powoli przestawałam czuć stopy. Wracając do domu, całą rodziną wypatrywaliśmy kolejnych, przydrożnych, kolorowych cmentarzy. Ich ciepło hipnotyzowało nas wszystkich. 

    Potem były duże krakowskie nekropolie, Rakowice i Podgórski, których nagrobki podziwiałam jak sztukę. Tam gubiłam się z koleżankami z liceum, popalając pierwsze papierosy i inspirując się życiorysami pochowanych tam artystów. Do tego kolorowe stragany i coroczny koncert bez oklasków, który wprawiał nas w podwójnie nostalgiczny nastrój. Tak jak trzeba rozmyślałyśmy o wieczności, memento mori i carpe diem. 

    Nie zdziwicie się jak powiem, że islandzkie cmentarze to też moja ulubiona miejscówka. Na Boże Narodzenie dekoruje się je specjalnymi światłami i elektronicznymi krzyżami w kilku kolorach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Specjalne urządzenia kupuje się w sklepach po około 600 zł. Królują niebieskie, białe i czerwone. Każdy nagrobek ma swoje okablowanie, dzięki któremu niestrudzenie rozświetla zimową ciemność. Geotermalna energia pozwoliła Islandii na ten elektroniczny, cmentarny show. Mroki zaświatów im niestraszne. Powiem jedno: jest to piękne. Patrzcież. 

    English version:

    Eg lifi og per munud lifa- I live and will live- I read at the gate of the island cemetery. Icelanders do not give up easily, they light the road to eternity with colorful crosses.

    I have always liked the Polish November Day of the Dead. When I was a kid it was a big social event for me. In the Beskid countryside, holding hands with my cousins, I walked along the cemetery alleys, put my fingers in the colorful waxes of burning candles and ate honey candies. I stared at the people and the tombstones they prayed over. On this one and only day, thanks to the colored lights, the cemetery did not seem like a sad place to me. I walked around until I got a wax cast on each toe and I slowly stopped feeling my feet. Returning home, the whole family looked together for more colorful cemeteries by the road.

    Then there were the large Krakow necropolises, Rakowice and Podgórski, whose tombstones I admired like art. There I got lost with my high school friends, smoking my first cigarettes and getting inspired by the biographies of artists buried there. In addition, colorful stalls and an annual concert without applause, which put us in a doubly nostalgic mood. We thought about eternity, memento mori and carpe diem, as we should.

    You won’t be surprised if I say that Icelandic cemeteries are also my favorite spot. For Christmas, they are decorated with special lights and electronic crosses in several colors. I’ve never seen anything like it before. Special devices are bought in stores for about PLN 600. Blue, white and red reign. Each tombstone has its own wiring, thanks to which it tirelessly illuminates the winter darkness. Geothermal energy has allowed Iceland to put on this electronic graveyard show. Let me say one thing: it is beautiful. Look.

     

  • Świąteczna elektryka na Islandii

    Świąteczna elektryka na Islandii

    Islandczycy nie szczypią się w tańcu i idą w święta na całość. Mają energię geotermalną i nie wahają się jej używać. Rozświetlają miasto w surowym, drucianym islandzkim stylu. Najbardziej szaleją zakłady pracy, głównie fabryki rybne, które w zdobieniach nie mają sobie równych. Komin przeobrażą w świecę, a płot rozpalą jak adwentowy świecznik. Potrafią pięknie skomponować kolory plastikowych pudeł po rybach z żółto-czerwonymi lampkami, którymi upstrokacają gzymsy. Jeśli mogą, to zawieszą świetlisty łańcuch nawet na rybackim kutrze. 

    Dekory pną się w górę, do nieba. Częściej na stalowych konstrukcjach niż drzewach, których jest tu jak na lekarstwo. Gleðileg jól! moi drodzy. 

    Pierwsza gwiazdka i choinka w stylu elektro 2020.

    Płyniemy na Reykjavik, ahoj. Niedługo cmentarze w stylu elektro. Stay tuned. 

    English version:

    Icelanders go all the way during the Christmas holidays. They have geothermal energy and they don’t hesitate to use it. They illuminate the city in a rugged, wire-like Icelandic style. The most common workplaces, mainly fish factories are second to none in ornamentation. They will turn the chimney into a candle, and light the fence like an Advent candlestick. They can beautifully compose the colors of plastic fish boxes with yellow-red lights that dot the cornices. If they can, they will even hang a chain of light on a fishing boat.

    The decors go up to the sky. More often on steel structures than trees, which are a remedy here. Gleðileg jól! my dear.

     

  • Złote wyspiarskie słońce

    Złote wyspiarskie słońce

    To, co zobaczyłam na wczorajszym wyspiarskim spacerze zdecydowanie zasługuje na specjalną uważność. Popołudniowe słońce ogrzewało czule lokalne klify i nie mogłam oderwać od tego wszystkiego oczu. Aż raziło. Tutaj krajobraz przeobraża się jak chce, udowadniając, że świat bawi się ze słońcem w najlepsze. Takie światło nie zdarza się często. Były to tak przyjemne odcienie, wpadające w złoto, że siedziałam na ławce jak zahipnotyzowana. W zimowym płaszczu, grubych rękawicach i wełnianej czapce. Zimno wokół wcale mi nie przeszkadzało. Polecam ten rodzaj transu. Czyste, oceaniczne powietrze, promienie na twarz plus spowolniony wdech i wydech. Viva złote słońce na Vestmannaeyjar!

    Poniżej znalezisko z czarnej, wulkanicznej plaży. Naturalny, gąbczasty hatifnat przyczepiony do muszli. Nowy dekor jak się patrzy. I ja z zażółconą słońcem twarzą. Heya. 

    IMG-8502
    IMG-8478

    Na koniec cichy, jako że elektro, prom wciskający się spokojnie w słońce. Słychać tylko wiatr.

  • Sardyńskie smaki

    Sardyńskie smaki

    Plaża, okolice Alghero

    Na Sardynii staramy się jeść lokalnie. Obiecujemy sobie codziennie więcej owoców, warzyw i ryb. Kończy się różnie, bo czasem ciężko odmówić sobie focacci w stylu sardo albo lodów pistacjowych. Tych liżemy ile wlezie. Na sąsiadującym z Sardynią archipelagu La Maddalena, gdzieśmy wybrali się promem (przeprawa z Sardynii trwa 20 minut) udało nam się zjeść przyzwoitą, rybną kolację. Smaczne mule, udane frito misto, deser w sardyńskim stylu tj. ciastko wysmażane z ricottowym wnętrzem nazywane seada, polane dodatkowo syropem miodowym i gorzką pomarańczą. No sztos. Do tego 1 litr białego wina za 8 euro oraz pyszna nalewka z mirtu (sardyński rarytas). Wyszliśmy o 50 euro ubożsi, ale z miłym szumem w głowach i wspaniałym układem w brzuchach. Auto zaparkowaliśmy na plaży nieopodal. Było już ciemno, widzieliśmy tylko gwiazdy, a słyszeliśmy szum morza. Wspięliśmy się na dach vana i tyle. Niczego więcej nie trzeba.

    Muszę przyznać, że super jest budzić się rano i zaskakiwać miejscem, do którego się dotarło. To jest właśnie ta vanlife’owa magia. Wynagradza wszystkie ewentualne niewygody. Otworzyliśmy oczy na widok plaży o wodzie w kolorze lazur blu, ulokowanej przy wydmowym wzgórzu. Wiało potężnie, ale Billy zdołał nawet zanurkować. Mówił, że widział nowy, podwodny, wspaniały świat. Otoczyła go rybna ławica, zaciekawiona, a jednocześnie spłoszona. Leżał na tej słonej wodzie i patrzył. Po co komu TV, pytałam się sama w głowie.

    Bez TV, z radiem i muzyczką, tak wygląda nasz vanowy plan dnia na Sardynii:

    • pobudka koło 9- 10, ja lubię pospać, Billy mniej, jako ranny ptak od wczesnych godzin szuka nowego dnia
    • śniadanie i kawa w kuchni vanowej, tutaj nadal aktywnie operuje głównie Billion, a ja proszę żeby dał jeszcze poleżeć
    • plaża i snorkeling, jeśli woda da
    • włóczenie się po małych miasteczkach, szukanie studni do napełnienia vanowych kanistrów
    • obiadokolacja w ristorante albo we vanie, zależy jak leżymy z funduszami
    • butelka wina ze wzrokiem wbitym w niebo
    • LA DOLCE VITA
    A kto pomywa gary? bo nie Gary Oldman.

    Gdzie zatem warto być na Sardynii?

    My polecamy plażę La Salinas, niedaleko Stintino. Niebiesko i rajsko. Pojedliśmy tam jak rodzina królewska. Wybraliśmy się do portu znowu na kolacyjkę rybną. Billy spaghetti z vongolami i owocami morza, a ja oratę w formie fish and chips. Do tego białe winko, a jak, i kieliszeczek mirtu na trawienie. Kelnerka okazała się być Polką. Miła, ale nawet kiedy mówiłam do niej ja, patrzyła na Billiego. Do tej pory nie wiem dlaczegóż, bo stara to była baba i niespecjalnie miejska. Niby z Trójmiasta, ale już 30 rok na emigracji. Psa wygłaskała, Billiego zaadorowała, na koniec daje jej plusa.

    Warto zajrzeć też do Castel Sardo. Z uroczym zameczkiem na małym wzgórzu wcinającym się w morze. Byli tam też nasi przyjaciele z aroundthecraft (sprawdźcie co, a raczej kogo tam znaleźli). My dotarliśmy do parkingu późną nocą, kiedy tylko światełka ulicy mogły nieśmiało wskazywać na oczekującą nas o poranku widokówkę. Obudziliśmy się i trochę padało, morze wzburzone, nurek z harpunem wypłynął z wody, nie złowiwszy nic, a na zamek nie wpuszczono nas, bo Billy nie posiadał obowiązkowej maseczki. Żeby odbić się od dna, zaszliśmy na pranzo (z włoska lunch) do delikatnie eleganckiej ristorante. Zamówiliśmy zupę z mulami oraz ciekawie wysmażany, w siemieniu lnianym, stek z tuńczyka. Mieliśmy wejść na jedną zupę na pół. Klasyk. Oczywiście uraczono nas nalewką w mirtu, więc około godziny 14 byłam już prawie “gotowa”. Na serwisie młody, zadbany Włoch zagadywał i rozbawiał każdy stolik, co po raz kolejny doprowadziło mnie do wniosku, że nie nadawałabym się do obsługi klienta. Ten rodzaj optymistycznej energii nie był mi dany w genach. A jak mawia moja mama:-gena nie wydłubiesz. 

    Muszę jeszcze wspomnieć o wiosce Argentino. Zbudowana wokół niedziałającej już kopalni srebra, stąd nazwa. Znajduje się tu ciekawa, industrialna plaża powstała na ruinach budynków pokopalnianych. Przemysłowo, żulersko, natura kontra ruiny. To lubimy. Wiatr był mocny, fale duże, ale skusiliśmy się na snorkeling. Billy szybko napił się solanki i zrezygnował. A mnie, jak na złość, się podobało. Fale unosiły moje ciało, kołysały nim miło, a ja patrzyłam na mnogość ścinków drewna i kawałków glonów, co zdominowały bezlitośnie przybrzeżne wody. Wyglądały jak morskie konfetti. Podobał mi się ten darmowy spektakl, z udziałem silnego wiatru i słońcem przebijającym się przez niebieską toń. Co nurkowanie to niespodzianka. Polecamy. 

    Z kategorii przydrożne zwierzęta, często błąkają się tutaj, niczym łosie w Norwegii, bezpańskie psy. Wyglądają przyjaźnie, ale też czasem przerażająco w swojej dzikości. Ostatnio drogę przeciął nam jeden, sporych rozmiarów, pies trzymający w pysku głowę dzika. Skalę surrealizmu oceńcie sami. 

    IMG-5576

    Powoli żegnamy się z Sardynią. Udało mi się wyprosić Billiego, żeby kupił mi loda w plażowym barze. Sobie zamówił frappucino, którego usiłował się napić w każdym włoskim miasteczku, ale dostawał tylko rozłożone ręce lub podejrzliwy wzrok. Nie igraj z włoską tradycją kawiarską człowieku. Dla tego narodu istnieje tylko cafe, cafe macchiato, cappuccino i cafe latte. THE END. 

    Cin cin rodacy!

  • Na co gapić się na plaży? Sardynia welcome to.

    Na co gapić się na plaży? Sardynia welcome to.

    Oto jesteśmy. Już od pięciu dni i nocy na Sardynii w trybie plażowo-podróżniczym, lub inaczej szlakiem plaż. Turystyka w poszukiwaniu brązatury, jak mawia Billy. 

    Prom do miasteczka Olbia na północy Sardynii wzięliśmy początkiem czerwca. Była to przeprawa nocna i mocna. Z Civitavecchia, gdzieśmy zjedli pożegnalną pizzę w knajpie portowej z Emilą i Markiem z aroundthecraft (Sprawdźcie ich rzemieślniczego bloga). Z pełnymi brzuchami i głowami rozmarzonymi wizjami wyspiarskiego dolce vita o 23 wjechaliśmy na statek. 

    Prom znowu okazał się być małą lupką na świat. Byliśmy my i mnóstwo włoskich kierowców tirów. Przypomnę, że pierwsza fala koronawirusa. Kierowcy porozkładali się na sofach strefy restauracyjnej, w takich samych sandałkach, skarpetkach, i z nerkami lub małymi torebeczkami zwisającymi przez ramię. Wniosek jest krótki- tirowcy to subkultura europejska, może nawet światowa. Noszą się z podobną, wygodnicką nonszalancją. 

    Kopiując ich styl rozłożyliśmy się z Billym i Farelą na jednej z sof. Niby wszędzie rozklejone zakazy siadania, związane z obowiązkowymi dystansami przy koronie, ale nikt się tymi zakazami nie przejmuje. Zasnęliśmy lekceważąco i my. Obudził nas dopiero wschód słońca nad Sardynią. 

    Swój pierwszy bezpieczny i rajski kamping rozbiliśmy w Porto Taverna z widokiem na wyspę Tavolarę, o turkusowej wodzie i piasku w kolorze crema di caffe. Wiatr był porywisty, a niesforna plandeka, z której próbowaliśmy utworzyć skrawek cienia, dla czarnego jak noc Fareli, wprawiła nas w nie lada wkurw. Uciekliśmy zatem szukać innych plaż, a tych na Sardynii nie brakuje. Można zmieniać je jak znudzone rękawiczki. Dodatkowo w koronawirusie są puste. Dzielimy plaże i parasole tylko z lokalsami. Lepiej być nie mogło. No może mniej wietrznie. 

    Wyróżnię jedną z najdłuższych plażę Lu Litarroni w pobliżu Aglientu, ponoć dedykowaną nudystom. Większość obecnych jednak strefy intymne pozakrywała. Bardziej przed wzrokiem innych ludzi, niż słońca. Kto by nie chciał wyrównanej opalenizny. Billy jechał z zamiarem opalania się komando, ale zgodnie z panującym wokół trendem pozostał w majteczkach. 

    Droga do tego nudystycznego raju była dziurawa, że aż strach. Zostawiliśmy auto w lesie w pozycji o bardzo dziwnym nachyleniu i uderzyliśmy na piasek. Mając nadzieję, że do naszego powrotu nadal będzie stało na czterech kołach. Stało.

    No to przechodzimy do sedna. Wyspiarskie życie nie sprzyja prowadzeniu pamiętnika. Cholernie trudno pisze mi się na plażach. Za dużo się tutaj dzieje. Nie mogę oderwać wzroku i słuchu od:

    • rozbryzgujących się zadziornie o piasek fal, każda inaczej się toczy, mieni innymi kolorami, niesie inne masy piany, dociera w inne miejsce i przybiera inny kształt, który mogę nazwać roboczo kształtem fali. Zawsze byłam romantyczna.
    • przechadzających się wzdłuż tychże fal ludzi. Z psami lub bez. W kapeluszach lub bez. W spodenkach lub majteczkach. Z topem lub topless. Blond i czarni, opaleni i bladzi. O czym gadają i do którego parasola zmierzają. Nie mogę przestać się gapić.
    • grupki dzieci, co chwyciły w mig szczupły, tyczkokształtny kijek i kręcą się wokół niego, z nim, nad nim. Po chwili znudzone rzucają go w piach i zabierają się za grę w rzucanie kamieni w dal. Przenoszę się w beztroskie czasy wakacji nad morzem za dzieciaka. Wtedy w głowie miałam tylko jagodziankę, albo czy iść do wody już teraz, czy może za dziesięć minut. Wielce prawdopodobne, że nawet i o tym nie myślałam. Po prostu szłam, jadłam, wodowałam, amen.
    • psów. Niektóre szczekają, inne włażą do wody, której te szczekające się boją. Większość chowa się w cieniu parasoli. Albo jak w przypadku Fareli, w cieniu skonstruowanej przez Billiego, z patyków plażowych, tzw. ścianki zacieniającej. To popularna na Sardynii strategia ochronna. Widywaliśmy wiele bezpańskich plażowych psów, które chowały się za takimi patyczakowymi murkami. 

    Strategi plażowych można się uczyć na Sardyni do woli. Każdy Włoch idzie na plaże z parasolką, materiałowe wiatrochrony to chyba wynalazek bałtycki. Tu ludzie ucztują parasol w parasol. 

    Cieszę się, że Billy ofiarował mi swoje rybackie krzesełko. Było to wyjątkowo użyteczne narzędzie. Stawiało mnie w pozycji wyprostowanej, patrolującej. Żadna sytuacja plażowa nie umykała memu oku. Brakowało mi tylko podwyższenia, jakie mają prawdziwi ratownicy wodni. Nie można mieć wszystkiego. Kiedyś się dorobię.

    Specjalnie dla was, z Sardynii, samozwańcza strażniczka plaży. 

    English version:

    Here we are. Already five days and nights in Sardinia in the beach-travel mode or if you prefer travelling along the beach trail. Tourism in search of bronze, as Billy says.

    We took the ferry to the town of Olbia in the north of Sardinia at the beginning of June. It was a night crossing. From Civitavecchia, where we had a farewell pizza in a port pub with Emila and Marek from aroundthecraft (Check out their craft blog). With full bellies and heads filled with dreamy visions of the island’s dolce vita, we entered the ship at 23:00.

    The ferry again turned out to be a small magnifying glass to the world. We were accompanied by lots of Italian truck drivers. Let me remind you that it was the first wave of the coronavirus. The drivers settled down on the sofas of the dining area, in the same sandals, socks and with  small purses hanging over the shoulder. The conclusion is truckers are a European subculture, maybe even a global one. They dress up with a similar, comfortable nonchalance.

    Copying their style me, Billy and Farela laid down on one of the sofas. Seemingly bans to sit on them related to the compulsory virus distances that were stuck everywhere, were not so important cause nobody cared about them. We fell asleep disrespectfully. We were only awakened by the sunrise over Sardinia.

    We set up our first safe and paradise camping in Porto Taverna with a view of the Tavolara island, with turquoise water and crema di caffe sand. The wind was gusty, and the unruly tarpaulin we tried to make a patch of shadow for Farela pissed us off. So we ran away to look for other beaches, and there are plenty of those in Sardinia. You can change them like  gloves. Additionally, they are empty in the coronavirus. We share beaches and umbrellas with locals only. It couldn’t be better. Well, maybe less windy.

    I will distinguish one of the longest Lu Litarroni beach near Aglientu, supposedly dedicated to nudists. Most of those present, however, covered their intimate zones. More from the sight of other people than the sun. Who wouldn’t want an even tan. Billy was going to sunbathe commando, but in line with the trend around the world, he remained in panties.

    The road to this nudist paradise was full of holes, it was scary. We left the car in the woods on a very strange slope and hit the sand. Hoping it will still be on four wheels until our return. It was.

    So we come to the point. Life on the island is not conducive to keeping a diary. It’s fucking hard to write on the beaches. There is too much going on here. I can’t take my eyes off and hearing from:

    • waves splashing aggressively on the sand, each rolls differently, shimmers with different colors, carries different masses of foam, reaches a different place and takes a different shape, which I can call a wave shape. I’ve always been romantic.
    • the people walking along these waves. With or without dogs. With or without hats. In shorts or panties. Top or topless. Blonde and black, tanned and pale. What are they talking about and which umbrella are they going to. I can’t stop staring.
    • groups of children, who grabbed a slender pole-shaped stick in no time and spin around it, with it, above it. After a while, bored, they throw it in the sand and start throwing stones into the distance. I am virtually moving into the carefree times of holidays by the sea as a kid. Back then, I only had a blueberry pie in my head, or whether to go to the water now, or maybe in ten minutes. Most likely, I didn’t even think about it. I just walked, ate, took off, amen.
    • dogs. Some bark, others crawl into the water, which the barkers are afraid of. Most are hidden in the shade of umbrellas. Or, as in the case of Farela in the shadow, constructed by Billy, from beach sticks, the so-called shading wall. This is a protective strategy popular in Sardinia. We saw many stray beach dogs hiding behind such sticky walls.

    You can learn beach strategies in Sardinia at will. Every Italian goes to the beach with an umbrella, fabric windbreaks are probably a Baltic invention. Here people feast an umbrella into an umbrella.

    I’m glad Billy gave me his fishing chair. It was an extremely useful tool. It put me in an upright, patrolling position. No beach situation escaped my eye. The only thing I missed was the elevation that real lifeguards have. You can not have everything. Someday I will get there.

    Especially for you, from Sardinia, the self-proclaimed beach guardian.

  • S P A in modo italiano

    S P A in modo italiano

    Wracamy w czasie. A co. Tego miejsca nie możemy pominąć. Byłoby to grzechem, a już na pewno nie wybaczyłby mi Billy. Stary wyga termalnych źródeł. Jakie on tam przeżył katarsis ludziska. Ale po kolei. 

    Jesteśmy we Włoszech. Termy nazywane powszechnie Terme di Satrunia tudzież Cascate di Mulino, jako że ulokowane są w pobliżu starego młyna. Niedaleko portowej Civitavecchia. Jeśli wypływacie gdzieś z Włoch to zahaczajcie. 

    Naturalnie utworzone wanny wypełnione wodami siarkowymi, które ponoć leczniczo działają na skórę. A i dla oka mają swój urok. Na tle rzeczonego młyna, z widokiem na zieloną łąkę, znajdują się te wytworzone siłą spadającej wody wanienki. Mają super ostre krawędzie, które ranią stopy i spowalniają marsz w poszukiwaniu wolnej dziupli. Kiedy się ją już znajdzie to relaks jest wybitny. Woda przyjemnie ciepła, nie gorąca, wspaniale bąbelkuje i mocno bije po plecach. Darmowy, podgrzewany hydromasaż. 

    Wszyscy wkoło gwarzą po włosku, lub jak Billy, z zamkniętymi oczami oddają się czarowi wody. Poznaliśmy dwóch dziadów z Merano (północne Włochy), gdzie spędziliśmy czas lockdownu. Ci, mimo podeszłego wieku dziarsko rzucali się w mocny prąd ciepłej wody, i reklamowali tę naturalną, wodną zjeżdżalnię jako top class fun. Zgadnijcie kto się nabrał i poranił pokaźnie plecy. Na B. Była też jedna mała monella, co jak się dowiedziałam znaczy łobuziara z włoska. Ja cały czas myślałam, że jej opiekunowie wołają na nią modella. Byłby to ciekawy model wychowawczy. Jeden z jej dwóch męskich opiekunów narzekał, że siarkowa woda wywabiła kolor z jego złotego łańcucha. Także strzeżcie się. Łatwo nawiązywały się spontaniczne rozmowy w tych jakuzach, choć ja i Billy często niewiele wiedzieliśmy z tego, co się do nas nawijało. Ale uśmiechy i gorąca woda fajnie maskowały te braki. 

    Polecamy też tę miejscówkę nocą. Parking dogodny i nieopodal, elegancko wykoszona trawa. Trzeba w nocy wydostać się z vana i zobaczyć drugie oblicze tych term. Pod gwiazdami, mało ludzi, wszyscy palą świece. Siedzimy. Jakoś tak miejsko i wiejsko zarazem. Tajemniczo i oczywiście. Noi mokro. Do tego czarne risotto ze szparagami. I Blue Lagoon Iceland może się chować. 

    Od rana szukałam Billy. A ten od 2 godzin we wannach, pod biczem wodnym, rozmarzony. Wyciągałam go stamtąd prawie siłą. A droga do Civitavecchia też była piękna. Kierunek Sardynia. 

    English version:

    I go back in time. What do I care. I cannot skip this place. It would be a sin, and Billy certainly wouldn’t forgive me. Old fan of thermal springs. How he went through the catharsis there folks. But first things first.

    We are in Italy. The thermal baths commonly known as Terme di Satrunia and Cascate di Mulino, as they are located near the old mill. Near the port of Civitavecchia. If you are taking a ferry somewhere from Italy, stop by.

    Naturally created baths filled with sulfuric waters that are said to have a healing effect on the skin. And they have their charm for the eye. Against the background of the industrial mill overlooking the green meadow, there are bathtubs made by the force of falling water. They have super sharp edges that injure the feet so slow down the walk in search of a free hole. Once you find it, the relaxation is outstanding. The water is pleasantly warm, not hot, bubbling beautifully and beating strongly on the back. Free, heated whirlpool.

    Everybody around chatters in Italian, or like Billy, with closed eyes, is indulging in the charm of water. We met two old guys from Merano (northern Italy), where we spent the lockdown time. In spite of their advanced age, they brilliantly threw themselves into the strong current of hot water and advertised this natural water slide as top class fun. Guess who fell for it and hurt a his back. Starts with B. There was also one little monella, which I found out means rascal in Italian. All the time I thought that her guardians were calling her a model. This would be an interesting educational model indeed. Moreover one of her two male guardians complained that the sulfur water had stripped color from his golden chain. Also beware. Spontaneous conversations easily arose in these jacuzzis, though Billy and I often knew very little about what we heard. But smiles and hot water nicely masked these shortcomings.

    We also recommend this place at night. Parking convenient and nearby, elegantly mowed grass. You have to get out of the van at night and see the other face of these thermal baths. Under the stars, few people, they all light candles. We are in. Something so urban and rural at the same time. Mysterious and obvious. And wet. And then black risotto with asparagus. Blue Lagoon Iceland can hide itself.

    I’ve been looking for Billy since the next morning. And he has been in bathtubs for 2 hours, under a whip, dreamy. I pulled him out of there almost by force. And the road to Civitavecchia was beautiful too. The direction –> Sardinia.