Category: Rzeczy

  • Zakręcona jak rogalik

    Zakręcona jak rogalik

    Wśród najciekawszych frigańskich łowów muszę wyróżnić tę oto puszkę. Puszkę, co zawiera w sobie elegancko skręcone ciasto na croissanty. Po raz pierwszy widziałam takie cudo, a zabawa z nim to jak powrót na szkolną plastykę. 

    Najpierw wykręcasz ciasto z obrotowej puszki. Wow. Potem rozwijasz je jak modelinę. Jako, że ciasto jest już wstępnie pocięte na trójkąty, to tylko je rozdzielasz i rolujesz w rogaliki podług własnego gustu. Na koniec, za poradą etykiety, możesz rozbełtać jedno jajko i pędzelkiem pokryć croissanty żółtą glazurką. Wychodzą jak malowane. Piecze się je przez 20 minut w około 200 stopniach.

    Nie mogłam nie donieść, że na świecie są takie zabawowe produkty do pieczenia. Pozazdrościłam fachu prawdziwym francuskim mistrzom pâtisserie. Kreatywność w kuchni chyba mnie kręci. Ciekawe, jakimi farbkami pokrywa się słynne kolorowe makaroniki. 

    Moje rogale smakowały pysznie na słodko, z konfiturą jeżynową, ale też i na słono, z jajem na miękko i kiszonym ogórem. Yo. 

  • Loppa czyli lumpeksy

    Loppa czyli lumpeksy

    Chciałabym oficjalnie podkreślić, iż używane przedmioty kręcą nas bardziej niż nowe. Nie, że nie szanujemy współczesnego rękodzieła. Wręcz przeciwnie. Mamy nawet wielu ulubionych artystów, co wiedzą doskonale co robić z dłońmi i staramy się ich wspierać. Chwała dla POOKA POLAND i manufaktura ST. GUSTAV. Ale. No właśnie, odkąd pojawiliśmy się na skandynawskiej ziemi, a teraz także na Islandii i odkryliśmy loppemarkety, czy jak kto woli pchle targi, to kupujemy tam często i gęsto.

    Na wyspie Heimaey, ku naszej uciesze, mamy jeden butik tego typu i to całkiem bogato uposażony. Zaskakująco także w polskie produkty ceramiczne z Bolesławca. Islandczycy kochają te zastawy. Są tu nawet tańsze niż w Polsce. Kubki na siłowni, na którą się zapisałam zanim jeszcze zamknął ją koronawirus, co do jednego były z Bolesławca. W hotelu, w którym pracuję też znalazłam parę naczynek tej marki. Gusta Islandzkie są dla mnie jeszcze nie do końca rozszyfrowane. Work in progress. 

    Jako, że też szanuje ten brand wybrałam sobie jeden upominkowy Bolesławiec. Świecznik Baba. Tak ją wspólnie nazwaliśmy. Przaśnie podtrzymuje płomień domowego ogniska. Na długie, ciemne, zimne islandzkie wieczory absolutny must have. 

    Lumpeksy tutaj to przeważnie duże hale wypełnione lampami, meblami, artykułami rtv i agd, ceramiką. Można się po nich włóczyć godzinami, w głowie snując zapomniane historie poszczególnych przedmiotów.

    Moją uwagę przykuł portret tajemniczej młodej damy z tytułowego zdjęcia. Taka smarkata, a już tyle w niej sekretów pomyślałam. Zdawało mi się, że to ona wypatrzyła mnie, a nie ja ją. Nie kupiłam jej, niech gapi się na wszystkich klientów. Staromodny monitoring, w sam raz pasujący do tego miejsca.

    Z ciekawszych artykułów, znaleźliśmy też amerykańską lodówkę w stylu vintage. Tę, na której wzoruje się modna edycja retro SMEG. Widać duży przepływ towarów między Ameryką, a Islandią. Lot stąd do USA zajmuje już tylko 5h. Domy na święta też zdobią po amerykańsku, na bogato, z przepychem. Ale o tym już wkrótce. 

    Zapraszam na wirtualną wycieczkę po naszym lumpeksie. Ciao.

    Na ochłodzenie emocji lodóweczka General Electric.

     

    English version: 

    I would like to officially emphasize that used items attract us more than new ones. And yes, we still respect handicrafts. We even have many favorite artists who know very well what to do with their hands and we try to support them. Eternal glory to POOKA POLAND and ST. GUSTAV manufacture. There is a but though. Since we appeared on Scandinavian soil, and now also in Iceland, and we discovered loppemarkets, or if you prefer flea markets, we buy there often and willingly.

    On the island of Heimaey, to our delight, we have one boutique of this type, and it is quite well equipped. Surprisingly also in Polish ceramic products from Bolesławiec. Icelanders love these tableware. They are even cheaper here than in Poland. Mugs at the gym, which I signed up for before the coronavirus closed it, each piece was from Bolesławiec. In the hotel where I work, I also found a pair of dishes of this brand. Icelandic tastes are not fully clear to me yet. Work in progress.

    As we also respect this brand, I chose one item from Bolesławiec. Babushka candlestick. We gave it that name together. Its warm light keeps the white Scandinavian interior cosy. An absolute must have for long, dark, cold Icelandic evenings.

    Flea markets here are usually large halls filled with lamps, furniture, radio and household appliances, ceramics. You can wander around for hours, weaving forgotten stories of individual items in your head. My attention was drawn to the portrait of a mysterious young lady from the title photo. Such a snot, and already so many secrets in her, I thought. I was sure she had spotted me first, not the other way round. I didn’t buy the painting, letting her stare at all the customers. Old-fashioned monitoring, just right for this place. 

    For more interesting items, we also found an American vintage refrigerator. The one that the fashionable retro edition of SMEG is based on. Perhaps. There has always been a large flow of goods between America and Iceland. The flight from here to US takes only 5 hours. 

    Icelanders tend to decorate houses for Christmas in American style, richly and lavishly. But more on that soon.

    I invite you on a virtual tour of our store. Keep cool. Ciao. 

  • Strajk

    Strajk

    Żeby nie było, że sytuacja w ojczyźnie jest nam obojętna. Wydrukowane plakaty wiszą, mimo deszczu i porywistego, islandzkiego wiatru przy ulicy Stradvegur 77, Vestmannaeyjar. Tutaj chwilowo mieszkamy, a permanentnie wspieramy strajk kobiet i jebiemy PIS. 

    A poniżej to, co wspierają lokalsi.

  • Jesienny redyk

    Jesienny redyk

    Owce na Islandii widuje się często. Pola do wypasu mają nie lada. Te z głównej wyspy skubią trawę na tle wulkanów i lodowca, te tutaj, z Heimaey, na skalistych klifach z widokiem na ocean. Pytanie czy to, gdzie skubią ma na nie jakiś wpływ, pozostawiam otwarte, chciałam jednak odpowiedzieć na inne, które zaprzątało moją głowę od kiedy pojawiłam się na Vestmannaeyjar.

    Jak rzeczone owce dostają się na owe strome klify, i jak z nich schodzą? Czy żyją tam całorocznie, czy też kiedyś, i w jakiś sposób ich właściciele zbierają je ponownie? Słyszałam plotki o specjalnych helikopterach, które jakoby specjalizują się w owczym biznesie i pomagają hodowcom. 

    Jeśli faktycznie tak jest, to musi to wyglądać spektakularnie, myślałam do siebie, i kiedy tylko miałam okazję gapiłam się w okno, by za żadne skarby nie przegapić tego widowiska. 

    Prawdziwej odpowiedzi nie czekałam długo. Udało mi się zobaczyć cały spektakl z bliska. W jeden, z ostatnich słonecznych dni kiedy wybraliśmy się z Billim zdobyć klif Heimaklettur. Jako, że początek trasy jest super stromy, wspinaliśmy się (ja chwiejnie) z pomocą kilku drabin przymocowanych do skał, gdy wtem usłyszeliśmy krzyki w islandzkim języku. A oto cośmy zobaczyli. Nie polecam najmłodszym i najwrażliwszym widzom. 

    Helikopterów zatem nie było, były liny, wystraszone owce i gruboskórni Islandczycy w swoich wełnianych sweterkach. Poinformowali nas, że zdejmują tylko te najmłodsze, które wkrótce wylądują na ich stołach. Starsze zostają na klifach całą zimę, jako, że przez kojący wpływ oceanu na klimat, śniegu tu nie uświadczysz. 

    Kiedy nieśmiało spytałam, czy nigdy w ten sposób fizycznie nie uszkadzają owiec, odpowiedzieli, że nie i dziwnie się roześmiali. Czułam, że ich więź z tymi zwierzętami podlega innym kryteriom. Najstarszy z nich, blisko 90-tki, ponoć codziennie wspina się do swoich owiec dokarmiać je chlebem i rozpalać świece, odstraszające złe moce. I rzeczywiście, kilkakrotnie podczas nocnych spacerów po miasteczku, zaobserwowaliśmy ciepłe światło ognia wybijające się z ciemności klifu. Podobne ogniste przesądy można znaleźć w tradycji polskich redyków czyli uroczystych wyjść i powrotów pasterzy z wypasów owiec. 

    Rozbudzona tymi informacjami dokonałam kolejnego dziecinnego haftu, którego sens, jeśli w ogóle, uwidacznia się tylko na dużym zbliżeniu. Dla ułatwienia zestawiam ze zdjęciem inspiracyjnym. 

  • Amerykański filet

    Amerykański filet

    Tak wygląda, zmrożony i opakowany w iście amerykańskim stylu lat 60, dorsz z fabryki rybnej nieopodal. 

    W pudełku układany w piękne, opięte plastikiem rybie sztabki. 

    Do tego puree, zielony groszek i obiad dla szczęśliwej rodziny z obrazka gotowy. Najlepiej na niedzielę.

    Dodam, że mamy 6.11. 2020, Islandia. Odmrażamy.

  • Modne znaleziska

    Modne znaleziska

    Jak można wyczytać z naszego motto, kolekcjonujemy tanie pamiątki i drogie wzruszenia. 

    Stanowczo wolimy zachwycać się bogactwem świata niż pomniejszać, nasze i tak okrojone, fundusze na bogactwa materialne. Wierzymy w zero waste i kupowanie tylko najpotrzebniejszych rzeczy. Wodę wlewamy w szklane butelki, najlepiej wielokrotnego użytku, ubrania kupujemy najchętniej w second handach, a do tego skipujemy. Dzięki tym zabiegom możemy podróżować więcej i częściej, a dodatkowo dbać o dobro planety i swoje. 

    Billy kocha wszystko, co za darmo, ja jego, i tak razem cwaniakujemy przez świat.

    Na Korsyce szczęście sprzyjało nam podwójnie. Wiedzeni przeczuciem, ze sklepu z pamiątkami, wybraliśmy tylko korsykańską oliwę dla rodziny. Wracając z plaży zatrzymaliśmy się na chwilę, by wyrzucić posegregowane śmieci, a tam niespodzianka. Billy krzyczy chodź, wybieraj. To poszłam i wybrałam. Trzy pary butów, spośród całego wora markowego i dobrej jakości obuwia. Buty z historią w tle.

    Żółte, zamszowe, na klocku, na ciepłe wieczory przy aperitivo. Białe, skórzane, ze sznurówką na jesienne spacery i deptanie liści. Były jeszcze tenisówki porządnej marki Geox, które nie zmieściły się w kadrze, właściwie widać ich tył, w plastikowej skrzyni, dla mamy na działkę. 

    A godzinę przed znaleziskiem było tak. Wylegiwanie się na rozgrzanych kamieniach czarnej plaży w Nonza. Ciemny kolor zawdzięcza ona, znajdującej się nieopodal, już nieczynnej, kopalni azbestu, która tajemniczo góruje nad wybrzeżem. Byliśmy sami, a ponoć jest tu w 100% bezpiecznie. Cóż, korzystaliśmy ile wlezie. Ciała przyjemnie schłodzone błękitną, zasoloną wodą, szybko, na powrót rozpalały się temperaturą kamieni. A te dosłownie parzyły. Farel odpoczywał w cieniu skał, dla jego delikatnych łap było to stanowczo za dużo.

    Na koniec jedna, mniej modna, aczkolwiek ciekawa pocztówka z Bonifacio. Stay tuned.