Category: Islandia

  • Blu Lagoon i spółka

    Blu Lagoon i spółka

    Odwiedzili mnie ostatnio przyjaciele. Wymieniam z imienia i nazwiska, bo domagali się tego mocno. Katarzyna Ładny i Tomasz Indyk. W skrócie Kasia i Tomek. I wiecie co? Było czadowo. 

    Przypomnieli mi czemu znalazłam się na Islandii. Zachwycili się nią na nowo i świeżo. Wleźli na wulkan i podjechali pod lodowiec. Jedno drugiemu założyło lodowy pierścionek na palec, składali zgodnie dłonie w kształt serca przy zachodzącym słońcu, a w najostrzejszym islandzkim wietrze zwiedzali czarne plaże i wygrzewali ciała w gorących źródłach. Ale wszystko po kolei.

    Wybujali się jak na huśtawce, prawie do porzygu, na promie Herjolfur, by poczuć islandzkie 3 metrowe fale na własnych, polskich ciałkach. Poczuli też deszcz i wiatr, ale i nieśmiałe promienie słońca i spokój, który docenia się tak wyraźnie w kontraście do zwyczajowej pizgawicy. Wspięli się na najstromszy klif Vestmannaeyjar -Heimaklettur, by podziwiać coroczne, tradycyjne ściąganie owiec ze skalnych przepaści. Wieczorem popili mocniejszego, wygrzewającego trunku, który też zdaje się smakować lepiej, z akompaniamentem deszczu i wiatru za oknem. 

    Pokazałam im pole golfowe wchodzące w ocean i cypelek, na którym zwyczajowo roi się od maskonurów. Oto właśnie jaskrawe kolorki Islandii. 

    Pojechali też do Viku, gdzie śladem Justina Biebera, chciałam wraz z Tomkiem zadeptać słynny wrak samolotu na czarnej plaży. Okazało się, że spacer w dwie strony to 7 km marszu. Niby luz, ale z wiatrem, który pozwala poruszać się tylko tunelem powietrznym, wytyczanym przez osobę z przodu, przemienia się to łatwo w wysiłek dwukrotnie większy, a nawet ponadludzki. Daliśmy radę, było ciężko, pomagał Michael Jackson i jego wietrzna Earth Song oraz mnogość frajerów, którzy targnęli się na tę wyprawę, tak jak i my. W drodze, z której widać tylko czarny niekończący się żwir spędziliśmy 2 h, przy wraku samolotu 10 minut. Słowo wiało nie oddaje tego, co faktycznie się tam działo. 

    Mnie osobiście bardziej inspirowały dźwięki wygrywane na wraku samolotu przez huragan, niżli sam aeroplan. Niedługo potem okazało się, że na tej trasie w zeszłym roku zginęła dwójka młodych turystów. Zabiła ich hipotermia, której nabawili się w nagłym sztormie śnieżnym, kilkadziesiąt metrów od parkingu. My mieliśmy więcej szczęścia. Na pamiątkę silnego wiatru wyhodowaliśmy z Tomkiem po opryszczce. 

    Pojedliśmy też ryb, największego skarbu islandzkiej kuchni. W restauracji, ale i z lunchboxa na stacji benzynowej. Podgrzaliśmy rybkę elegancko i do sucha w mikrofali, w którą wyposażona była stacja, a w fakt który, Kasia i Tomek nie mogli uwierzyć. Wypiliśmy też kawę z autobusu przerobionego na kawiarnię, gdzie mieszkały dwie wesołe kobiety z Ameryki i kotek bez nóżki. Tu jest świat, tu jest życie powtarzali zgodnie Kasia i Tomek. 

    W nagrodę dostali piękny, różowo-krwisty zachód słońca odbijający się w ciemnej tafli jeziora polodowcowego. Niebieskość małych gór lodowych na wodzie pięknie grała z tymże, wyczekiwanym światłem golden hour. Widzieli też głowy dwóch fok beztrosko nurkujących w mroźnej wodzie Jökulsárlón. Wodospady i tęcze powoli przestawały robić na nich wrażenie. 

    W aucie zamiast Björk czy Sigur Ros, słuchaliśmy polskiego hip-hopu i mądrości Kasi Nosowskiej. Mieliśmy szczęście przemierzać islandzkie drogi legendarnym i fotogenicznym Suzuki Jimny w kolorze złota. Dojechał on także do Reyinsfjary. Plaży w otoczeniu bazaltowych słupków, na której fotografowałam się po zeszłorocznej imprezie sylwestrowej z ukochanym Billym. 

    Tym razem rodacy z Viku ugościli nas, aż miło, rozrzucając materace na drewnianej podłodze starego domu kultury Eyrarland, niedaleko słupkowej plaży. Tenże budynek przejęli od Iokalsów. Grają w nim muzykę, oglądają filmy na projektorze i ćwiczą jogę, czyli robią wszystko, żeby z godnością przetrwać długie, wietrzne, zimne islandzkie wieczory. 

    Następnego dnia przy latarni Dyrhólaey Tomek starał się tańczyć jak wspomniany Justin B., podczas, gdy Kasia z aparatem w dłoni, i w romantycznym zamyśleniu fotografowała roztrzaskujące się w czerni, białe fale. Mężczyźni mają swoje drogi, a kobietki swoje. 

    Na stacji benzynowej zjedli jednak zgodnie fast food, typowe dla Islandczyków burgerki z kokteil sosa, czyli miksem keczupu i majonezu. Tomek jak zawsze podjadał Kasi, a ja broniłam przed nim zarówno jej, jak i swojej porcji. Czubiliśmy się tak i lubiliśmy przez większość wyjazdu. Z nudy i dla zabawy. 

    Do Blue Lagoon, najsłynniejszego SPA Islandii, wybraliśmy się w ramach słodkiego finiszu. Świętowaliśmy z darmowym drinkiem w ręce udany wyjazd Kasi i Tomka, i kolejny, tym razem samotny, pobyt na Islandii mój. Nałożyliśmy krzemionkowe maski na twarz i z telefonami w górze pstrykaliśmy zdjęcia jak najęci. Foto gorączka nie trwała w nieskończoność. Zrelaksowaliśmy się za wsze czasy. Leżąc i spacerując po gorącej, mleczno-błękitnej wodzie, która w gruncie rzeczy jest odpadem, ze znajdującej się obok elektrowni geotermalnej. Kopci się z niej i paruje aż miło. Umieszczone na wodzie bary oferowały wybór trunków i maseczek, a skóra i samopoczucie po tychże nabierały po równo blasku i delikatności. Ponoć należy przed wodą chronić swoje złoto i włosy. Nam nie uszkodziło się żadne z wymienionych. Tomek wypocił więcej niż wypił, co było ostatecznie nieopłacalne, oraz zarezerował bilety tak, że właściwie ich nie było, przez co musieliśmy nadpłacić, aż po około 300 złotych od głowy. Był jednak ważny powód jego rzeczonego roztargnienia… 

    Otóż wspaniała Paulina, która zawsze dzielnie gości nas w Reykjaviku, wysłała całą naszą bandę na śniadanie do pięknego Kaffihus Vesturbaejar. A tam, jak gdyby nigdy nic, kawkę piła sobie Björk. Biedny zatem, rozproszony Tomek, próbował bukować bilety ze wzrokiem uciekającym na twarz starzejącej się miło artystki. Wszyscyśmy faktem tym byli żywo podnieceni, a zdawało się, że mieszkańcy stolicy mają sobie widok gwiazdy za nic. Gapiliśmy się zatem ile wlezie my, łudząc się, że robimy to z klasą i umiarem. Is that really you? chciałam zapytać odważna ja. W końcu zatrzymaliśmy się tylko na fotografii telefonem, ukradkiem, niby to chcąc uwiecznić soczystość podanego śniadania. Może hit, a może kit. Śniadanie i kawa smakowały jednak lepiej niż u Tiffaniego. 

    Na przeciwko tejże kawiarni można chłodzić i podgrzewać emocje w wodach basenu Vesturbaejarlaug. Cały ulokowany na zewnątrz, z wanienkami gorącej wody opatrzonymi selekcją temperatur i zimniejszym basenem pływackim. Pływasz na pleckach i patrzysz w niebo. Ponoć pływa i saunuje tam też rzeczona Björk. Kasia i Tomek też byli, i nadziwić się nie mogli, jak bardzo Islandia basenami stoi.

    To chyba tyle. Przyjaciele odlecieli już do skłopotanej ojczyzny, ja za kilka dni także żegnam się z Islandią. 

    Do pełni szczęścia Kasi i Tomkowi zabrakło tylko wyrazistych auror borealis. Mnie chyba tylko Billiego, bo zabrała go Norwegia.

    Dziękuję zatem za dobre zarobki, pyszną rybkę, skrzętnie dawkowane promienie słoneczne i mnogość witaminy D w słynnym islandzkim tranie LÝSI. Wędrówki po klifach na mojej wysepce Heimaey, które dają chwilowe poczucie raju i wytchnienia, no i baseny, bo jestem istotą na wpół wodną. Za używane ubrania wysokiej klasy, skipy i deszcz, który pozwalał na skupienie się wreszcie na odkładanych na później filmach, książkach i pasjach. Za samotność, co pokazała, że tęsknić też jest cnotą.

    PA PA ISLANDIO I ARRIVEDERLA VESTMANNAEYJAR.

    PS. Fotografie pstrykały wybitne Katarzyna Ładny i  Paulina Mąka, tekst pisałam ja, a motywował Tomek Indyk. W grupie siła.

    PS.2. Ostatnie zdjęcie z drona zhakowałam ze strony słynnego islandzkiego fotografa Bragi Thora. Jak nienawidzę dronów, tak kocham baseny. Yo.

  • Oda do basenów

    Oda do basenów

    Przyznaję to otwarcie i z dumą. Jestem uzależniona od basenu, a pływanie to chyba mój ulubiony sport. Tak się składa, że Billy za dzieciaka trenował w klubie pływackim Orka Grudziądz. Przypadek? Nie sądzę. Oboje czujemy się jak ryby we wodzie, chociaż skoki z wysokich trampolin dalej nas trochę przerażają. Szczególnie mnie. 

    No to zgadnijcie co? Islandczycy też kochają baseny. Te termalne wyjątkowo, ze słynną Blue Lagoon na czele. W każdej małej mieścince znajdziecie halę basenową. Dla moich zmysłów to trochę ziemia obiecana, dlatego jesteśmy tu już pół roku. 

    Tą notką chciałam oficjalnie oddać cześć basenowi na wyspie Heimaey, Vestmannaeyjar. Jako, że mieszkamy w domu oddalonym odeń 2 minuty spaceru, jestem tam codziennie. Piję kawkę, a jeśli przy szczotkowaniu zębów odczuję potrzebę kąpieli, to zamiast brać prysznic w domu (btw. nasza łazienka nie jest wymarzoną) lecę na basen. Łączę przyjemne z pożytecznym. Dzięki temu nawykowi usprawniłam swoją żabkę, przełamuję kraula i rozluźniam plecki. Billy w specjalnych łapkach, imitujących błony międzypalcowe robi bicki i klatę. Do kraju wrócimy wzmocnieni, że aż strach. Oby nie było żadnego bach.

    Szanuję cię zatem basenie pływacki, ale i was ciepłe wanienki z wodą termalną, gdzie mogę wygodnie odpoczywać w rytm rockowych przebojów nadawanych z głośnika. Jako, że część basenowa z ciepłą wodą ulokowana jest na otwartym powietrzu można do woli palić oczy słońcem lub chronić uszy przed porywistym wiatrem, a wieczorami wgapiać się w gwiazdy, a nawet zorze polarne. Podglądać pierwsze flirty lokalnych nastolatków, którzy z braku dyskoteki, w piątkowe wieczory, spotykają się i podrywają na basenie właśnie. Śledzić trendy w aktualnej modzie kąpielowej czy poszukiwać okularków do pływania idealnych. P.s moje śledztwo trwa nadal, także czekam na porady, jeśli ktoś dorobił się szczelnych, nieparujących oksów.  

    Kręcą mnie też szatnie i prysznice basenowe. Jakiś rodzaj prostoty i symetrii, który w nich panuje. Zamieszczam zatem parę zdjęć z szatni naszego basenu, tego z Reykjaviku i najstarszego basenu termalnego na Islandii. Turystyka basenowa. W tym kierunku powinien iść ten kraj. Dodatkowo sfotografowałam maszynę służącą do wyciskania mokrego stroju, na którą natknęłam się po raz pierwszy w mojej wodnej karierze. Skutecznie wyżyna całą wodę, pot potreningowy i smutki.

    Pływajcie ludzie. I uwielbiajcie baseny.

    PS. Otwarty basen to kolejny plus spędzania czasów koronawirusa na Islandii. Zamknięto go tylko na miesiąc w grudniu, od tamtej pory hula, aż miło. 

    PS. 2. Dodatkowym bonusem basenowym jest możliwość spotkania rozebranej, znanej osoby. W Reykjaviku widzieliśmy Tomasa Lemarquisa, słynnego Noi Albinoi, a kolega chwalił się, że siedział w saunie z Bjork. Czujecie?

    Słynna suszarka do ubrań poniżej 

    English version:

    I admit it openly and proudly. I’m addicted to the pool and swimming is probably my favorite sport. It just so happens that Billy trained as a kid in the school’s swimming section. Case? I do not think so. We both feel like fish in the water, although jumping from high trampolines still scares us a bit. Especially me.

    Then guess what? Icelanders love swimming pools too. The thermal ones are exceptionally well-known, with the famous Blue Lagoon at the forefront. In every small town you will find a swimming pool hall. For my senses it is a bit of a promised land, so we’ve been here for half a year.

    With this note I would like to officially pay tribute to the Heimaey Island Pool, Vestmannaeyjar. As we live in a house 2 minutes walk away, I am there every day. I drink a cup of coffee, and if I notice the need to take a bath while brushing my teeth, instead of taking a shower at home (btw. Our bathroom is not perfect) I go to the pool. I combine business with pleasure. Thanks to this habit, I improved my frog, break the crawl and loosen my back. Billy in special paws, imitating interdigital membranes, makes beats and chests. We will return to the country strengthened that it is scary. May there be no bam.

    So I respect you in the swimming pool, but also warm tubs with thermal water, where I can comfortably rest to the rhythm of rock hits broadcast from the loudspeaker. As the swimming pool area with warm water is located in the open air, you can burn your eyes with the sun or protect your ears from gusty wind, and in the evenings you can stare at the stars and even aurorae. Watch the first flirting of local teenagers who, due to the lack of a disco, meet and pick up at the pool on Friday evenings. Follow the trends in the current bathing fashion or look for the perfect swimming goggles. P.s my investigation is still ongoing, so I am waiting for advice if someone has acquired tight, non-steaming oxides.

    I also enjoy changing rooms and pool showers. Some kind of simplicity and symmetry that reigns in them. So here are some photos of the changing rooms of our swimming pool and the oldest thermal pool in Iceland. Swimming pool tourism. This is the direction that this country should go. In addition, I photographed a machine for squeezing a wet outfit, which I came across for the first time in my aquatic career. It will effectively remove all water, post-workout sweat and sorrows.

    Swim people. And love the pools.

     

  • Białe obłoki

    Białe obłoki

    Powracam z piękną historią. Jesteśmy nadal na Islandii, a konkretniej na wyspie Heimaey, archipelag Vestmannaeyjar. Było już o maskonurach, które są symbolem tego miejsca. Teraz będzie o wielorybach, bo być tutaj i nie odwiedzić akwarium Sealife Trust po prostu nie wypada. Aktualnie to szczelnie zamknięte koronawirusem i zimą miejsce. Dostaliśmy się doń dzięki kontaktom, które uzyskałam w poprzedniej pracy. Billy miał urodziny, a czy prezentem na miarę czasów nie jest wizyta u dwóch bieług ocalonych z Szanghajskiego cyrku. Chyba tak. 

    To do rzeczy. Dwie kobietki- Little Grey i Little White, lat około 13-14, waga blisko tony, długość trzy metry, stopień pokrewieństwa nieznany. Absolutnie białe. Złowione na Syberii w pierwszym roku życia, później regularnie występowały w chińskim cyrku, aktualnie żyją na Islandii, po wielkiej operacji logistycznej-podróży z użyciem samolotów i promów (dla chętnych polecam dokument John Bishop’s Great Whale Rescue z kulisami transportu wielorybów). Latem bytują w basenie utworzonym z oceanicznej zatoki, zimą w akwarium. Pierwsze rezydentki jedynego na świecie sanktuarium dla bieług. I my. Trochę przestraszeni, trochę zaciekawieni. Z głowami pełnymi pytań o cel i sens całej tej sensacji.

    Poniżej letnie sanktuarium wielorybnicze.

    Letnie sanktuarium

    I zimowe akwarium.

    Otóż, uczestniczyliśmy w sesji karmienia bieług. Ostatniej z trzech w ciągu dnia. Dowiedzieliśmy się, że w zatoce tylko jedna oswoiła sztukę polowania na ryby, przynosiła je czasem ludziom przechwalając się swoimi zdobyczami. Nie wiadomo jednak czy zjadała je czy nie. 

    Od małego przyzwyczajone do kontaktu z ludźmi zachowują się jak dwa wodne pieski. Wybaczcie zestawienie, ale samo ciśnie się na język. Uwielbiają, gdy obok jest człowiek, chcą być dotykane, przytulane, karmione, zabawiane. Popisują się opanowanymi za młodu, w cyrku sztuczkami. Mają różne charaktery, jedna towarzyska i otwarta, druga nieśmiała i mniej ufna. 

    Kiedy odchodzimy krzyczą o więcej. Gdy widzą nasze twarze przy szybie podwodnego akwarium, podpływają i kręcą koziołki. Są zazdrosne o kontakt z człowiekiem, potrafią nawet ze sobą walczyć. Trzeba karmić je równocześnie i chronić się uważnie przed jakimkolwiek przejawem faworyzowania którejś. Są tak dalekie od dzikości, jak są od Rosji i swoich pierwszych trenerów. 

    Projekt pełen jest pytań, odpowiedzi ciągle się szuka. Jak naprawiać to, co zepsuli już kiedyś inni ludzie? Czy jest im w oceanie faktycznie lepiej niż w akwarium, gdzie były non stop otoczone ludźmi, których uwagę uwielbiają? Ponoć boją się dźwięków burzy, silnego wiatru i statków, do których nie są przyzwyczajone przez lata zniewolenia. Nie potrafią same polować, a bycie na zewnątrz, bez ludzi wprowadza je nierzadko w apatię. Nie nauczyły się żadnych nowych sztuczek odkąd zostały przywiezione z Chin. Operacja pochłonęła już mnóstwo pieniędzy, a sanktuarium wielorybnicze i powodzenie tego projektu jest uważnie obserwowane przez wszystkie organizacje prozwierzęce. 

    Pytania nie mają końca. Jedno jest pewne. Nie należy maczać palców w dzikości. Naprawa szkód wyrządzonych przez bezmyślnych ludzi, szukających źródła dochodu to wielka i niekończąca się praca. Poza tym nikt nie wie czy, i jakie ma szanse na faktyczny sukces.

    Urodziny były sukcesem. To pewne. Wolałabym jednak, ja i solenizant, żeby cena tego sukcesu była niższa dla świata. W każdym razie sto lat Karol! Krzyczałam ja i wieloryby. Spotkanie z nimi było niesamowitym przeżyciem. 

    P.S. Jakość wideo jest słaba, ale chciałam Wam pokazać jak cudowne i słodkie są te białe stworzenia. I jak blisko im do piesków. Oraz białych obłoków. 

    English version:

    I come back with a beautiful story. We are still in Iceland, more specifically on the island of Heimaey, the Vestmannaeyjar archipelago. I have already written about the puffins, which are the symbol of this place. Now it will be about whales, because being here and not visiting the Sealife Trust aquarium is simply not appropriate. Currently, it is a place tightly closed with coronavirus and winter. We got to it thanks to the contacts I had obtained in my previous job. Billy had a birthday, and is it not a gift for the times to visit two beluga survivors from the Shanghai circus? I think so.

    Let’s get to the point. Two females – Little Gray and Little White, about 13-14 years old, weight close to a ton, length three meters, relationship unknown. Absolutely white. Caught in Siberia in their first year of life, later they performed regularly in a Chinese circus, currently they live in Iceland, after a large logistic operation – travel with the use of planes and ferries (for those willing I recommend the document John Bishop’s Great Whale Rescue with the details of whale transport). In summer, they stay in the pool formed by an ocean bay, in winter in the aquarium. The first residents of the world’s only sanctuary for beluga. And we. A little scared, a little curious. With heads full of questions about the purpose and meaning of this whole sensation.

    Well, we attended a beluga feeding session. The last of three of the day. We learned that only one in the bay had tamed the art of hunting fish, sometimes bringing them to people, bragging about their prey. It is not known, however, whether she ate them or not.

    From an early age, they are used to have contact with people and behave like two water dogs. Forgive me for the statement, but it comes to the mind itself. They love it when there is a person nearby, they want to be touched, cuddled, fed and entertained. They show off with their tricks mastered in  their youth in the circus. They have different characters, one outgoing and very open, the other shy and less trusting.

    When we walk away from them, they scream for more. When they see our faces at the glass of the underwater aquarium, they swim up and turn the billy goats. They are jealous of human contact, they can even fight with each other for it. You need to feed them simultaneously and protect yourself carefully from any display of favoritism towards one. They are as far from wild as they are from Russia and their first coaches.

    The project is full of questions, the answers are constantly being sought. How to fix what other people have messed up before? Are they actually better in the ocean than in the aquarium, where they were constantly surrounded by people whose attention they love? Apparently they are afraid of the sounds of the storm, strong wind and ships to which they are not used to during the years of captivity. They cannot hunt on their own, and being outside, without people, often makes them apathetic. They haven’t learned any new tricks since they were brought from China. The operation has already cost a lot of money, and the whaling sanctuary and the success of this project are closely watched by all animal organizations.

    The questions are endless. One thing is for sure. Don’t get your dirty human fingers too deep into the wild. Repairing the damage done by mindless people looking for a source of income is a great and endless job. Besides, no one knows if and what are the chances of actual success.

    The birthday was a success. That’s for sure. However, I would prefer, myself and the birthday boy, that the price of this success would be lower for the world. Anyway, one hundred years Karol! Me and the whales screamed. Meeting them was an amazing experience.

    P.S. The video quality is poor, but I wanted to show you how lovely and cute these white creatures are. And how close they are to the dogs. And white clouds.

  • Eg lifi og per munud lifa

    Eg lifi og per munud lifa

    Eg lifi og per munud lifa- Żyję i będę żył- wyczytałam na bramie wyspiarskiego cmentarza. Islandczycy nie odpuszczają łatwo, drogę do wieczności oświetlają sobie kolorowymi krzyżami. 

    Ja zawsze lubiłam polskie, listopadowe święto zmarłych. Za dzieciaka było to dla mnie duże wydarzenie towarzyskie. Na beskidzkiej wsi, pod rękę z kuzynkami, spacerowałam wzdłuż cmentarnych alejek, wkładałam palce w kolorowe woski palących się zniczy i podjadałam miodowe cukierki. Wpatrywałam się w ludzi i płyty nagrobne, nad którymi się modlili. W ten jeden jedyny dzień, dzięki kolorowym światłom, cmentarz nie wydawał mi się smutnym miejscem. Łaziłam tak, aż na każdym palcu zebrałam woskowy gips i powoli przestawałam czuć stopy. Wracając do domu, całą rodziną wypatrywaliśmy kolejnych, przydrożnych, kolorowych cmentarzy. Ich ciepło hipnotyzowało nas wszystkich. 

    Potem były duże krakowskie nekropolie, Rakowice i Podgórski, których nagrobki podziwiałam jak sztukę. Tam gubiłam się z koleżankami z liceum, popalając pierwsze papierosy i inspirując się życiorysami pochowanych tam artystów. Do tego kolorowe stragany i coroczny koncert bez oklasków, który wprawiał nas w podwójnie nostalgiczny nastrój. Tak jak trzeba rozmyślałyśmy o wieczności, memento mori i carpe diem. 

    Nie zdziwicie się jak powiem, że islandzkie cmentarze to też moja ulubiona miejscówka. Na Boże Narodzenie dekoruje się je specjalnymi światłami i elektronicznymi krzyżami w kilku kolorach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Specjalne urządzenia kupuje się w sklepach po około 600 zł. Królują niebieskie, białe i czerwone. Każdy nagrobek ma swoje okablowanie, dzięki któremu niestrudzenie rozświetla zimową ciemność. Geotermalna energia pozwoliła Islandii na ten elektroniczny, cmentarny show. Mroki zaświatów im niestraszne. Powiem jedno: jest to piękne. Patrzcież. 

    English version:

    Eg lifi og per munud lifa- I live and will live- I read at the gate of the island cemetery. Icelanders do not give up easily, they light the road to eternity with colorful crosses.

    I have always liked the Polish November Day of the Dead. When I was a kid it was a big social event for me. In the Beskid countryside, holding hands with my cousins, I walked along the cemetery alleys, put my fingers in the colorful waxes of burning candles and ate honey candies. I stared at the people and the tombstones they prayed over. On this one and only day, thanks to the colored lights, the cemetery did not seem like a sad place to me. I walked around until I got a wax cast on each toe and I slowly stopped feeling my feet. Returning home, the whole family looked together for more colorful cemeteries by the road.

    Then there were the large Krakow necropolises, Rakowice and Podgórski, whose tombstones I admired like art. There I got lost with my high school friends, smoking my first cigarettes and getting inspired by the biographies of artists buried there. In addition, colorful stalls and an annual concert without applause, which put us in a doubly nostalgic mood. We thought about eternity, memento mori and carpe diem, as we should.

    You won’t be surprised if I say that Icelandic cemeteries are also my favorite spot. For Christmas, they are decorated with special lights and electronic crosses in several colors. I’ve never seen anything like it before. Special devices are bought in stores for about PLN 600. Blue, white and red reign. Each tombstone has its own wiring, thanks to which it tirelessly illuminates the winter darkness. Geothermal energy has allowed Iceland to put on this electronic graveyard show. Let me say one thing: it is beautiful. Look.

     

  • Świąteczna elektryka na Islandii

    Świąteczna elektryka na Islandii

    Islandczycy nie szczypią się w tańcu i idą w święta na całość. Mają energię geotermalną i nie wahają się jej używać. Rozświetlają miasto w surowym, drucianym islandzkim stylu. Najbardziej szaleją zakłady pracy, głównie fabryki rybne, które w zdobieniach nie mają sobie równych. Komin przeobrażą w świecę, a płot rozpalą jak adwentowy świecznik. Potrafią pięknie skomponować kolory plastikowych pudeł po rybach z żółto-czerwonymi lampkami, którymi upstrokacają gzymsy. Jeśli mogą, to zawieszą świetlisty łańcuch nawet na rybackim kutrze. 

    Dekory pną się w górę, do nieba. Częściej na stalowych konstrukcjach niż drzewach, których jest tu jak na lekarstwo. Gleðileg jól! moi drodzy. 

    Pierwsza gwiazdka i choinka w stylu elektro 2020.

    Płyniemy na Reykjavik, ahoj. Niedługo cmentarze w stylu elektro. Stay tuned. 

    English version:

    Icelanders go all the way during the Christmas holidays. They have geothermal energy and they don’t hesitate to use it. They illuminate the city in a rugged, wire-like Icelandic style. The most common workplaces, mainly fish factories are second to none in ornamentation. They will turn the chimney into a candle, and light the fence like an Advent candlestick. They can beautifully compose the colors of plastic fish boxes with yellow-red lights that dot the cornices. If they can, they will even hang a chain of light on a fishing boat.

    The decors go up to the sky. More often on steel structures than trees, which are a remedy here. Gleðileg jól! my dear.

     

  • Złote wyspiarskie słońce

    Złote wyspiarskie słońce

    To, co zobaczyłam na wczorajszym wyspiarskim spacerze zdecydowanie zasługuje na specjalną uważność. Popołudniowe słońce ogrzewało czule lokalne klify i nie mogłam oderwać od tego wszystkiego oczu. Aż raziło. Tutaj krajobraz przeobraża się jak chce, udowadniając, że świat bawi się ze słońcem w najlepsze. Takie światło nie zdarza się często. Były to tak przyjemne odcienie, wpadające w złoto, że siedziałam na ławce jak zahipnotyzowana. W zimowym płaszczu, grubych rękawicach i wełnianej czapce. Zimno wokół wcale mi nie przeszkadzało. Polecam ten rodzaj transu. Czyste, oceaniczne powietrze, promienie na twarz plus spowolniony wdech i wydech. Viva złote słońce na Vestmannaeyjar!

    Poniżej znalezisko z czarnej, wulkanicznej plaży. Naturalny, gąbczasty hatifnat przyczepiony do muszli. Nowy dekor jak się patrzy. I ja z zażółconą słońcem twarzą. Heya. 

    IMG-8502
    IMG-8478

    Na koniec cichy, jako że elektro, prom wciskający się spokojnie w słońce. Słychać tylko wiatr.

  • Loppa czyli lumpeksy

    Loppa czyli lumpeksy

    Chciałabym oficjalnie podkreślić, iż używane przedmioty kręcą nas bardziej niż nowe. Nie, że nie szanujemy współczesnego rękodzieła. Wręcz przeciwnie. Mamy nawet wielu ulubionych artystów, co wiedzą doskonale co robić z dłońmi i staramy się ich wspierać. Chwała dla POOKA POLAND i manufaktura ST. GUSTAV. Ale. No właśnie, odkąd pojawiliśmy się na skandynawskiej ziemi, a teraz także na Islandii i odkryliśmy loppemarkety, czy jak kto woli pchle targi, to kupujemy tam często i gęsto.

    Na wyspie Heimaey, ku naszej uciesze, mamy jeden butik tego typu i to całkiem bogato uposażony. Zaskakująco także w polskie produkty ceramiczne z Bolesławca. Islandczycy kochają te zastawy. Są tu nawet tańsze niż w Polsce. Kubki na siłowni, na którą się zapisałam zanim jeszcze zamknął ją koronawirus, co do jednego były z Bolesławca. W hotelu, w którym pracuję też znalazłam parę naczynek tej marki. Gusta Islandzkie są dla mnie jeszcze nie do końca rozszyfrowane. Work in progress. 

    Jako, że też szanuje ten brand wybrałam sobie jeden upominkowy Bolesławiec. Świecznik Baba. Tak ją wspólnie nazwaliśmy. Przaśnie podtrzymuje płomień domowego ogniska. Na długie, ciemne, zimne islandzkie wieczory absolutny must have. 

    Lumpeksy tutaj to przeważnie duże hale wypełnione lampami, meblami, artykułami rtv i agd, ceramiką. Można się po nich włóczyć godzinami, w głowie snując zapomniane historie poszczególnych przedmiotów.

    Moją uwagę przykuł portret tajemniczej młodej damy z tytułowego zdjęcia. Taka smarkata, a już tyle w niej sekretów pomyślałam. Zdawało mi się, że to ona wypatrzyła mnie, a nie ja ją. Nie kupiłam jej, niech gapi się na wszystkich klientów. Staromodny monitoring, w sam raz pasujący do tego miejsca.

    Z ciekawszych artykułów, znaleźliśmy też amerykańską lodówkę w stylu vintage. Tę, na której wzoruje się modna edycja retro SMEG. Widać duży przepływ towarów między Ameryką, a Islandią. Lot stąd do USA zajmuje już tylko 5h. Domy na święta też zdobią po amerykańsku, na bogato, z przepychem. Ale o tym już wkrótce. 

    Zapraszam na wirtualną wycieczkę po naszym lumpeksie. Ciao.

    Na ochłodzenie emocji lodóweczka General Electric.

     

    English version: 

    I would like to officially emphasize that used items attract us more than new ones. And yes, we still respect handicrafts. We even have many favorite artists who know very well what to do with their hands and we try to support them. Eternal glory to POOKA POLAND and ST. GUSTAV manufacture. There is a but though. Since we appeared on Scandinavian soil, and now also in Iceland, and we discovered loppemarkets, or if you prefer flea markets, we buy there often and willingly.

    On the island of Heimaey, to our delight, we have one boutique of this type, and it is quite well equipped. Surprisingly also in Polish ceramic products from Bolesławiec. Icelanders love these tableware. They are even cheaper here than in Poland. Mugs at the gym, which I signed up for before the coronavirus closed it, each piece was from Bolesławiec. In the hotel where I work, I also found a pair of dishes of this brand. Icelandic tastes are not fully clear to me yet. Work in progress.

    As we also respect this brand, I chose one item from Bolesławiec. Babushka candlestick. We gave it that name together. Its warm light keeps the white Scandinavian interior cosy. An absolute must have for long, dark, cold Icelandic evenings.

    Flea markets here are usually large halls filled with lamps, furniture, radio and household appliances, ceramics. You can wander around for hours, weaving forgotten stories of individual items in your head. My attention was drawn to the portrait of a mysterious young lady from the title photo. Such a snot, and already so many secrets in her, I thought. I was sure she had spotted me first, not the other way round. I didn’t buy the painting, letting her stare at all the customers. Old-fashioned monitoring, just right for this place. 

    For more interesting items, we also found an American vintage refrigerator. The one that the fashionable retro edition of SMEG is based on. Perhaps. There has always been a large flow of goods between America and Iceland. The flight from here to US takes only 5 hours. 

    Icelanders tend to decorate houses for Christmas in American style, richly and lavishly. But more on that soon.

    I invite you on a virtual tour of our store. Keep cool. Ciao. 

  • Podróż sypialnym

    Podróż sypialnym

    W dzień wolny od pracy wybrałam się promem do stolicy. Zaliczyłam wypasione centrum handlowe, w którym znalazłam sklep z markową odzieżą używaną. Super inicjatywa pomyślałam, jako że nowe ciuchy i inne sklepy w ogóle mnie już nie kusiły. Pełno adidasów z mojej ulubionej serii Gazelle, odzież skateboardingowych brandów, znalazłam nawet płaszcz Rainsa. 2 h spędziłam tam pocąc się w zimowej kurtce. Z lekkim bólem głowy, ale szczęśliwa, z łowami opuściłam butik. Wydałam około 220 ziko, a to co kupiłam ledwo mogłam unieść. Zahaczyłam jeszcze o księgarnię, w dziale dla dzieci znalazłam nową pozycję tłumaczącą fenomen koronawirusa (foto tytułowe). Wypada śledzić literackie trendy. Wszyscy wokół oczywiście w obowiązkowych maseczkach. 

    Później był polski sklep, jako że tata koleżanki potrzebował zaopatrzyć się w biały, pszenny chleb, za którym tęskni, prawie tak samo jak za ojczyzną. On 10 bochenków, ja tarte buraki, ekspedientki witały nas od drzwi, roześmianym dzień dobry, jak minął dzień, przy kasach zagadywały jeszcze intensywniej. Nie wiedziałam jak reagować, więc uciekłam. Polacy za granicą wydawali się przeszczęśliwi. W pobliżu moją uwagę zwróciło ciekawe gołębiowe graffiti. Gołąb polski lepszy niż orzeł na godle.

    Powrót na wyspę Heimaey, ze względu na wzburzone morze, odbywał się trasą trzy godzinną (normalnie płynie się 40 minut). Zamówilśmy kabinkę sypialną, która okazała się strefą specjalnych kojo do leżakowania, jako że buja fest. Utuliło mnie słodko do snu w tej dziwnej, ale i inspirującej przestrzeni. Trochę jak sardynki w puszce, a trochę jak przedszkolaki na leżakowaniu. Promy są jednak kul. 

    Pozdrawiam.

    English version:

    On the day off from work, I took the ferry to the capital city. There I went to a fancy shopping mall where I found a second-hand brand store. I thought it was a great initiative, as new clothes and other stores did not tempt me at all. Lots of sneakers from my favorite Adidas Gazelle series, skateboarding clothes, I even found a Rains coat. I spent 2 hours there, sweating in my winter jacket. With a slight headache, but happy, with the hunt, I left the boutique. I spent about 220 zloty, and what I bought I could barely carry. I also checked the bookstore, in the children’s section I found a new publication explaining the phenomenon of coronavirus (title photo). It is appropriate to follow literary trends. Everyone around, of course, was wearing the obligatory masks.

    Later there was a Polish grocery store, as my friend’s dad needed to stock up on the white, wheat bread he misses, almost as much as his homeland. He bought 10 loaves, I took grated beetroots, the shop assistants greeted us from the door, shared some good morning laughs, asked how was the day and at the cash registers, they talked even more intensely. I didn’t know how to react, so I ran away. Poles abroad seemed overjoyed. Interesting pigeon graffiti caught my attention nearby. Polish pigeon was more picturesque than the eagle on the national emblem.  

    The return to the island of Heimaey, due to the rough sea, took a three-hour route (normally 40 minutes). We ordered a sleeping cabin, which turned out to be a special bunk beds section, as it was a very wavy trip- an essential. I was lulled to sleep in this strange but inspiring space. A bit like canned sardines, and a bit like preschoolers resting. The ferries, however, are cool, I thought. 

    Best regards.

     

  • Strajk

    Strajk

    Żeby nie było, że sytuacja w ojczyźnie jest nam obojętna. Wydrukowane plakaty wiszą, mimo deszczu i porywistego, islandzkiego wiatru przy ulicy Stradvegur 77, Vestmannaeyjar. Tutaj chwilowo mieszkamy, a permanentnie wspieramy strajk kobiet i jebiemy PIS. 

    A poniżej to, co wspierają lokalsi.

  • Jesienny redyk

    Jesienny redyk

    Owce na Islandii widuje się często. Pola do wypasu mają nie lada. Te z głównej wyspy skubią trawę na tle wulkanów i lodowca, te tutaj, z Heimaey, na skalistych klifach z widokiem na ocean. Pytanie czy to, gdzie skubią ma na nie jakiś wpływ, pozostawiam otwarte, chciałam jednak odpowiedzieć na inne, które zaprzątało moją głowę od kiedy pojawiłam się na Vestmannaeyjar.

    Jak rzeczone owce dostają się na owe strome klify, i jak z nich schodzą? Czy żyją tam całorocznie, czy też kiedyś, i w jakiś sposób ich właściciele zbierają je ponownie? Słyszałam plotki o specjalnych helikopterach, które jakoby specjalizują się w owczym biznesie i pomagają hodowcom. 

    Jeśli faktycznie tak jest, to musi to wyglądać spektakularnie, myślałam do siebie, i kiedy tylko miałam okazję gapiłam się w okno, by za żadne skarby nie przegapić tego widowiska. 

    Prawdziwej odpowiedzi nie czekałam długo. Udało mi się zobaczyć cały spektakl z bliska. W jeden, z ostatnich słonecznych dni kiedy wybraliśmy się z Billim zdobyć klif Heimaklettur. Jako, że początek trasy jest super stromy, wspinaliśmy się (ja chwiejnie) z pomocą kilku drabin przymocowanych do skał, gdy wtem usłyszeliśmy krzyki w islandzkim języku. A oto cośmy zobaczyli. Nie polecam najmłodszym i najwrażliwszym widzom. 

    Helikopterów zatem nie było, były liny, wystraszone owce i gruboskórni Islandczycy w swoich wełnianych sweterkach. Poinformowali nas, że zdejmują tylko te najmłodsze, które wkrótce wylądują na ich stołach. Starsze zostają na klifach całą zimę, jako, że przez kojący wpływ oceanu na klimat, śniegu tu nie uświadczysz. 

    Kiedy nieśmiało spytałam, czy nigdy w ten sposób fizycznie nie uszkadzają owiec, odpowiedzieli, że nie i dziwnie się roześmiali. Czułam, że ich więź z tymi zwierzętami podlega innym kryteriom. Najstarszy z nich, blisko 90-tki, ponoć codziennie wspina się do swoich owiec dokarmiać je chlebem i rozpalać świece, odstraszające złe moce. I rzeczywiście, kilkakrotnie podczas nocnych spacerów po miasteczku, zaobserwowaliśmy ciepłe światło ognia wybijające się z ciemności klifu. Podobne ogniste przesądy można znaleźć w tradycji polskich redyków czyli uroczystych wyjść i powrotów pasterzy z wypasów owiec. 

    Rozbudzona tymi informacjami dokonałam kolejnego dziecinnego haftu, którego sens, jeśli w ogóle, uwidacznia się tylko na dużym zbliżeniu. Dla ułatwienia zestawiam ze zdjęciem inspiracyjnym.