Author: Oska

  • Ale jaja!

    Ale jaja!

    Pamiętam jak w serialu 30 Rock, tytułowa bohaterka Liz Lemon, na randce ze swoim chłopakiem, jadła puree ziemniaczane i popijała je Martini. Pomyślałam sobie, menu randkowe idealne, albo w ogóle menu idealne. Moja ulubiona Emila z aroundthecraft podpowiedziała mi danie, które w podobny sposób spełniło moje marzenia. 

    Jako Polka uwielbiam puree ziemniaczane. Zawsze i w każdej postaci. A jak jeszcze dołożysz do tego jajko sadzone, i zrobisz z jego żółtka powódź na talerzu, to w ogóle bajka. 

    To danie, które wam przedstawię ma w sobie oba te składniki. Jest swego rodzaju wariacją na temat sadzonych z ziemniakami. 

    Potrzebujecie ziemniaków, cebulki lub pora, masła i jajek. Dla bardziej wymagających trochę sera wyselekcjonowanego podług gustu i zielonej pietruszki dla zdrowia i dekoru.

    1. Gotujecie ziemniaki do miękkości, w międzyczasie na patelni podsmażacie warzywo, którym chcecie puree ubogacić. Ja wybrałam pora. 

    2. Ugotowane ziemniaki ubijacie na gładką masę, dodajecie pieprzu, soli, podsmażonego pora i masła. Mieszacie.

    3. Z takiego puree lepicie dwie kule. Wbijacie w nie swoją lub czyjąś pięść, tworząc słodkie gniazdko.

    4. W tak utworzone gniazdko wbijacie jajo.

    5. Wykładacie blachę papierem do pieczenia i układacie nań jajeczne oczy. Dla chętnych można posypać je jeszcze startym serem.

    6. Wkładacie na 15 minut do rozgrzanego na 200 stopni piekarnika i gotowe. Ze świeżą pietruszką lub koperkiem smakuje jeszcze lepiej. 

    Enjoy!! Ukłony dla Emilka z aroundthecraft. Czytajcie ją, kiedy pieczecie. Dziewczyna pisze, fotografuje, a nawet gotuje w stylu high class. 

    I remember very well that in the series 30 Rock, the main character, Liz Lemon, on a date with her boyfriend, ate mashed potatoes and sipped them with Martinis. I thought to myself, the perfect dating menu, or the perfect menu in general. My favorite friend Emila from aroundthecraft suggested a dish that fulfilled my dreams in a similar way.

    As a Pole, I love mashed potatoes. Always and in any form. And if you add a fried egg to it and turn its yolk into a flood on your plate, that’s a fairy tale.

    This dish that I am going to present to you has both of these ingredients. It is a kind of variation on fried eggs with potatoes.

    You need potatoes, an onion or a leek, butter and eggs. For the more demanding, a little cheese selected according to your taste and green parsley for health and decor.

    1. Boil the potatoes until tender, in the meantime fry the vegetable with which you want to enrich the puree in the pan. I chose the leek.

    2. Beat the boiled potatoes until smooth, add pepper, salt, fried leek and butter. Mix well.

    3. Make two balls of this puree. Stick your or someone else’s fist into them, creating a sweet nest.

    4. You stick an egg into the nest created in this way.

    5. You line the baking tray with baking paper and place your egg eyes on it. For those willing, you can sprinkle them with grated cheese.

    6. Put it for 15 minutes in a preheated 200 degrees oven and it’s ready. It tastes even better with fresh parsley or dill.

    Enjoy !! Best regards to Emila from aroundthecraft. Read her when you cook. The girl writes, photographs and even cooks in a high class style.

  • S P A in modo italiano

    S P A in modo italiano

    Wracamy w czasie. A co. Tego miejsca nie możemy pominąć. Byłoby to grzechem, a już na pewno nie wybaczyłby mi Billy. Stary wyga termalnych źródeł. Jakie on tam przeżył katarsis ludziska. Ale po kolei. 

    Jesteśmy we Włoszech. Termy nazywane powszechnie Terme di Satrunia tudzież Cascate di Mulino, jako że ulokowane są w pobliżu starego młyna. Niedaleko portowej Civitavecchia. Jeśli wypływacie gdzieś z Włoch to zahaczajcie. 

    Naturalnie utworzone wanny wypełnione wodami siarkowymi, które ponoć leczniczo działają na skórę. A i dla oka mają swój urok. Na tle rzeczonego młyna, z widokiem na zieloną łąkę, znajdują się te wytworzone siłą spadającej wody wanienki. Mają super ostre krawędzie, które ranią stopy i spowalniają marsz w poszukiwaniu wolnej dziupli. Kiedy się ją już znajdzie to relaks jest wybitny. Woda przyjemnie ciepła, nie gorąca, wspaniale bąbelkuje i mocno bije po plecach. Darmowy, podgrzewany hydromasaż. 

    Wszyscy wkoło gwarzą po włosku, lub jak Billy, z zamkniętymi oczami oddają się czarowi wody. Poznaliśmy dwóch dziadów z Merano (północne Włochy), gdzie spędziliśmy czas lockdownu. Ci, mimo podeszłego wieku dziarsko rzucali się w mocny prąd ciepłej wody, i reklamowali tę naturalną, wodną zjeżdżalnię jako top class fun. Zgadnijcie kto się nabrał i poranił pokaźnie plecy. Na B. Była też jedna mała monella, co jak się dowiedziałam znaczy łobuziara z włoska. Ja cały czas myślałam, że jej opiekunowie wołają na nią modella. Byłby to ciekawy model wychowawczy. Jeden z jej dwóch męskich opiekunów narzekał, że siarkowa woda wywabiła kolor z jego złotego łańcucha. Także strzeżcie się. Łatwo nawiązywały się spontaniczne rozmowy w tych jakuzach, choć ja i Billy często niewiele wiedzieliśmy z tego, co się do nas nawijało. Ale uśmiechy i gorąca woda fajnie maskowały te braki. 

    Polecamy też tę miejscówkę nocą. Parking dogodny i nieopodal, elegancko wykoszona trawa. Trzeba w nocy wydostać się z vana i zobaczyć drugie oblicze tych term. Pod gwiazdami, mało ludzi, wszyscy palą świece. Siedzimy. Jakoś tak miejsko i wiejsko zarazem. Tajemniczo i oczywiście. Noi mokro. Do tego czarne risotto ze szparagami. I Blue Lagoon Iceland może się chować. 

    Od rana szukałam Billy. A ten od 2 godzin we wannach, pod biczem wodnym, rozmarzony. Wyciągałam go stamtąd prawie siłą. A droga do Civitavecchia też była piękna. Kierunek Sardynia. 

    English version:

    I go back in time. What do I care. I cannot skip this place. It would be a sin, and Billy certainly wouldn’t forgive me. Old fan of thermal springs. How he went through the catharsis there folks. But first things first.

    We are in Italy. The thermal baths commonly known as Terme di Satrunia and Cascate di Mulino, as they are located near the old mill. Near the port of Civitavecchia. If you are taking a ferry somewhere from Italy, stop by.

    Naturally created baths filled with sulfuric waters that are said to have a healing effect on the skin. And they have their charm for the eye. Against the background of the industrial mill overlooking the green meadow, there are bathtubs made by the force of falling water. They have super sharp edges that injure the feet so slow down the walk in search of a free hole. Once you find it, the relaxation is outstanding. The water is pleasantly warm, not hot, bubbling beautifully and beating strongly on the back. Free, heated whirlpool.

    Everybody around chatters in Italian, or like Billy, with closed eyes, is indulging in the charm of water. We met two old guys from Merano (northern Italy), where we spent the lockdown time. In spite of their advanced age, they brilliantly threw themselves into the strong current of hot water and advertised this natural water slide as top class fun. Guess who fell for it and hurt a his back. Starts with B. There was also one little monella, which I found out means rascal in Italian. All the time I thought that her guardians were calling her a model. This would be an interesting educational model indeed. Moreover one of her two male guardians complained that the sulfur water had stripped color from his golden chain. Also beware. Spontaneous conversations easily arose in these jacuzzis, though Billy and I often knew very little about what we heard. But smiles and hot water nicely masked these shortcomings.

    We also recommend this place at night. Parking convenient and nearby, elegantly mowed grass. You have to get out of the van at night and see the other face of these thermal baths. Under the stars, few people, they all light candles. We are in. Something so urban and rural at the same time. Mysterious and obvious. And wet. And then black risotto with asparagus. Blue Lagoon Iceland can hide itself.

    I’ve been looking for Billy since the next morning. And he has been in bathtubs for 2 hours, under a whip, dreamy. I pulled him out of there almost by force. And the road to Civitavecchia was beautiful too. The direction –> Sardinia.

  • 5 sposobów na Korsykę

    5 sposobów na Korsykę

    1. Ucztowanie promowe

    Wychodzi na to, że najlepiej bawimy się na promach. Szczególnie tych dalekobieżnych. Zaczęło się od pływania słynnymi liniami Polferries z Gdańska do szwedzkiego Nynashamn. Na temat fenomenu tych przepraw można by napisać osobną notkę. Myślę, że specjalny deck z grillem i kiełbaskami, sala kinowa z jedynym seansem, dyskoteka w okrąglaku z zadaszeniem w formie obserwatorium astrologicznego i pijani mężczyźni wywożeni na wózkach inwalidzkich przez pracowników ochrony mówią same za siebie. 

    Nawet pies zdaje się już być przyzwyczajony do promów, których ongiś bał się panicznie, jak zresztą większości rzeczy w swoim poschroniskowym życiu. Spokojnie wygrzewa się na pokładzie, z zaciekawieniem popatrując na fale, których widok ostatecznie go przeraża, więc asekuracyjnie usuwa się w cień. 

    Wjeżdżając na prom, wjeżdżasz do nowego świata. A na jego odkrycie czasem nie starcza czasu podczas jednej przeprawy. Kawiarenki, przedziały sypialne, sklepiki bezcłowe, jednoręcy bandyci, deki z leżakami, łaźnie i prysznice, wybiegi dla psów czy wreszcie ciekawe historie współpasażerów. Każdy płynie po coś, niektóre twarze świadczą same o sobie. Pytać nie trzeba. Nawet nie chce myśleć co dzieje się na prawdziwych cruiserach. 

    My płynęliśmy z portu Santa Teresa na Sardynii w kierunku Korsyki. I choć przeprawa niby krótka, prom niewielki, to i tak zabawa była przednia. Prom o godzinie 9 rano, na który wjechaliśmy podnieceni, przemycając psa, UWAGA, uderzył w skałę. Stało się to w samym porcie, więc zapobiegawczo kazano nam zejść z łajby i czekać na następny. Kapitan w swej hojności otworzył bar na łodzi dla wszystkich, więc mogliśmy zabawić się z piwkami za dara. Darowanym piwkom nie patrzy się w oczy, ale kapitanowi, co pięknie spocony przepraszał nie chcąc zostać kolejnym Schettino, już tak. W oczekiwaniu i z piwkiem w dłoni szukałam pamiątkowego magnesu z flagą Sardynii, ale Billy doradził, że za 4 euro na Korsyce kupię dwa, a jak da bóg to trzeci dostanę gratis. Zaufałam mu. Pływajcie promami, a jak dają to bierzcie. 

    IMG-5144

    2. Manewrowanie na campingach

    Na campingach śpimy rzadko, więc jeśli już zapada decyzja o takim noclegu, jesteśmy w nie lada emocjach. Nie możemy się zdecydować gdzie ustawić vana, czy jest dobre wyrównanie terenu, ile cienia, jacy ludzie wokół, najlepiej, żeby było dość intymnie i dobra odległość od pryszniców i toalety. Generalnie gruba operacja logistyczna. Nasz pierwszy camping na Korsyce to camping Rodinara, niedaleko Bonifacio. Tam właśnie tak manewrowaliśmy, że aż gałąź utkwiła w bocznej, tylnej szybie vana i rozbiła ją w proch. Resztę korsyckiej przygody odbyliśmy zatem z malowniczym kartonem z boku. 

    Co was nie zabije to was wzmocni. Kamping Rodinara miał wiele więcej do zaoferowania. Od rana grzaliśmy się w luksusie przy basenie z widokiem na morze, pod bambusową parasolką, na leżaku. Polecamy te miejscówkę. Eleganckie prysznice, kawiarnia, pizzeria, basen, sklepik, gdziem wreszcie nabyła rzeczony magnes z głową Maura-wszystko za 22 euro za noc plus pies, everything included.

    Polecamy też kemping Calamar, niedaleko Cervione. Szczególnie w czasach koronawirusa. W środku wielkie pustki, tylko my i 3 inne vany. 12 euro za noc, prysznice nad samą plażą, umywalki ze wspaniałym widokiem na morze. Parking w starym gaju oliwnym z dużą ilością cienia i klimatem hippi współtworzonym przez wyrzeźbione w drzewach twarze pachamamy. Do tego Billiemu zachciało się bawić w chowanego. Poddenerwowany stwierdził, że zgubił 700 euro i w szale przetrzepywał furgonetkę, bym to w końcu ja znalazła jego zgubę, którą ponoć i tak ukryłam. Malowniczy spadochroniarze na błękitnym niebie wyciszyli emocje tej akcji. Obok nas ulokowała się za to niemiecka para z dwójką małych dzieci. Te po nocach płakały, a przed napiętą relacją wyczuwalną między ich rodzicami, uchroń mnie proszę boże i pachamamo. 

    Campingi to też małe światy, korzystajcie z nich z umiarem, tak jak my, wtedy docenia się je bardziej. I manewrujcie z głową.  

    3. Zabawy plażowe

    Plaże Korsyki są rajskie, jak z obrazka. Lazurowa woda, o krystalicznie czystym kolorze, na horyzoncie przemyka biała żaglówka. My szukamy cienia wśród drzew piniowych, Farel siedzi w kawiarnianej szafce. Wszystko to dzieje się w okolicach miasteczka Aleria. Do tego jesteśmy zaopatrzeni w krewetki z marketu po 2,40 euro za pudełko, piwko Pietra o wyjątkowo ciemnej barwie przyjemnie chłodzi gardło. Wybita szyba nie przeszkadza już tak bardzo. Dodatkowo Billy nałogowo układa piosenki. Choć ze śpiewem jest troszeczkę na bakier to tekściarz z niego klasowy. Lepiej jednak jeśli słowa tych utworów pozostaną w ścianach vana. Śpiewanie we vanie to jest to, a jak jeszcze układacie swoje teksty to szacunek podwójny. 

    Przy drodze z Il Rousse do San Florence kolejna świetna piaszczysta miejscówka. Polecamy granie w paletki do utraty tchu, potem zachody słońca smakują jak nigdy. My przeżyliśmy taki jeden, spektakularny na końcu ślepej drogi, gdzie zaparkowaliśmy vana na noc, a o poranku Billion wpadł we własną kupę, gdy gałąź której kurczowo się trzymał nie wytrzymała ciężaru jego i kału. Wzieliśmy to za dobry omen. Bo wkrótce udało nam się odbyć jeden z lepszych snoarklingów. 

    Polecam to plażowe hobby wszystkim, będąc sama świeżakiem w temacie. Mnogość i uroda podwodnych światów są nie do oddania w słowach. W okolicach latarni w Il Rousse wypatrzyłam nawet jedną czerwoną rozgwiazdę, nonszalancko rozciągniętą na kamiennym zboczu. 

    Jeszcze jedno. Czarna plaża w Nonza to must see. Tutaj wystarczy wyciągnąć aparat foto, a zdjęcia robią się same, gotowe kadry filmowe lepią się w głowie. Ciemne od azbestowych łupin kamienie parzą w stopy, a błękitna, słona jak cholera, woda nosi ciało i faluje nim lekko, przyjemnie chłodząc. Billy wpadł na genialny pomysł konkursu na jak najdłuższe przetrzymywanie rozgrzanych kamieni między pośladkami. Upuszczał je następnie, wpychając uprzednio ile wlezie, z radością, w przykucu, symulując rozwolnienie. Tejże osobie plaża bezwarunkowo kojarzy się z zabawą. A i może z opalenizną, którą dzielnie i równomiernie zdobywa.

    4. Zwyczajne opowieści z Il Rousse

    Ille Rousse to dla Billiego miejsce znaczące. Nie mogliśmy go pominąć będąc na Korsyce. Oprowadzał po nim prawie jak burmistrz.

    To tutaj jego umysł rozpuścił się w zmiennocieplnych wspomnieniach pracy w hotelu Napoleon, w centrum miasta, około 6 lat temu. Zaliczył 6-miesięczny pobyt pracowniczy w charakterze kucharza, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki w tymże fachu, a jako osoba ambitna pokonał niedogodności płacy, rachunków i wyżywienia. Jak twierdzi, dużo jarał i czasem jeździł na deskorolce. Wykradał mango z lodówek i jadł je na dwa gryzy, zapakowawszy także dwa do torby współlokatorowi z zaleceniem szybkiego ich zjedzenia, najlepiej w kiblu. Choć jak widzicie warunki bywały różne, miejsce owe wspomina z nostalgią i czuje się jak były obywatel miasta. Wspomina o ksywkach Executour i Dominatour (z francuskim akcentem), które ponoć nadawały mu lokalne dziewczęta. 

    Mimo znawstwa miasteczka nocleg wybrał nam taki se. Był to parking pod starą latarnią morską, gdzie koło północy zaczęło robić się groźnie. Był piątek. Pijana młodzież wzięła się za granie głośnej muzyki z samochodów i jazdę nimi w zawrotny sposób zbyt blisko nas. Wszystko to obserwowaliśmy spoceni, ukryci za srebrnymi zaślepkami tylnich szyb vana. Dopiero po niewielkim przeparkowaniu udało się zasnąć spokojnie i w ciszy. 

    Zwiedzanie z lokalnymi przewodnikami zawsze w cenie. Ci, z wybujałą wyobraźnią mają u mnie jeszcze większy plus.

    5. Droga na Cap Corse – Korsyka ma wszystko

    Wnętrze Korsyki jest piękne i dzikie jak może być tylko interior ekskluzywnej wyspy. Jest podobne w swej urodzie Dolomitom, z górskimi wystrzępieniami nagromadzonymi na horyzoncie. 

    Wczoraj spaliśmy w lesie nieopodal jeziora, by dojść do wniosku, że Korsyka ma w sobie wszystko. Piękne lasy, urocze jeziora, błękitne morze i stare, stylowe domki w otoczeniu wysokich gór. Ma też luźno żyjące zwierzęta domowe. W lesie obudziło nas muczenie krów, co o poranku biegały i goniły się na wzajem między paprociami. Mijaliśmy też stada wolnych kóz, a nawet czarnych świń, które jak twierdzi Billy są typowe dla regionu.

    Podwójnie utwierdziła nas w tym przekonaniu droga na Cap Corse. Obrotowa w swym charakterze, rozpięta nad samym skrajem morza, ale na sporej wysokości, co sprawiało, że niektóre zakręty samoistnie wstrzymywały nam oddech. Na trasie mijaliśmy niewzruszonych niczym staruszków grających spokojnie w petankę, grupy kóz przechadzające się beztrosko przy drodze, jakby za nic mające prawa ruchu drogowego, i dobrze. Zatrzymywać się tutaj to sama przyjemność. Stare kapliczki, rezydencje budowane w wyspiarskim, antycznym stylu, majestatycznie piętrzące się w małe wioski i wisienka na torcie czyli kopalnia azbestu blisko Nonza. Prosto z filmu Wesa Andersona. Już nieczynna, ale dodająca wyspie charakteru i tajemniczości. 

    Koniecznie zahaczcie o Corte, urocza twierdza na zwietrzałym wzgórzu o wspaniałym widoku na korsyckie rozległości krajobrazu. Górzystość połączona z morskością. Czysty geniusz. 

    Parkingi nad samym morzem mijaliśmy jeden za drugim. Ostatnią noc spędziliśmy na jednym z nich, 15 minut od Bastii. Do snu wlewaliśmy w gardło lokalne białe wino mieszane z jeszcze bardziej lokalną wodą naturalnie gazowaną Orezza. Must drink..

    English version:

    1. Ferry feast

    It turns out we have the best fun on the ferries. Especially the long-distance ones. It started with sailing on the famous Polferries lines from Gdańsk to Swedish Nynashamn. A separate note could be written about the phenomenon of these crossings. I think that a special deck with grill and sausages, a cinema room with a single screening, a disco in a circular log with a roof in the form of an astrological observatory and drunk men taken out in wheelchairs by security guards speak for themselves.

    Even our dog seems to be used to the ferries he was once terrified of, like most things in his post-shelter life. He is calmly basking on the deck, looking with curiosity at the waves, the sight of which ultimately terrifies him, so he steps back into the shadows with caution.

    By boarding the ferry, you are entering a new world. And sometimes there is not enough time to discover it during one crossing. Cafes, sleeping compartments, duty-free shops, one-handed bandits, deck chairs, baths and showers, dog runs and, finally, interesting stories from fellow passengers. Everyone is on it for something, some faces testify for themselves. No need to ask. We don’t even want to think about what’s happening on real cruisers.

    We sailed from the port of Santa Teresa in Sardinia towards Corsica. And although the crossing was supposed to be short, the ferry was small, it was still fun. The ferry at 9 am, which we entered excitedly, smuggling a dog, ATTENTION, hit the rock. It happened in the port itself, so we were ordered, as a precaution, to get off the boat and wait for the next one. The captain, in his generosity, opened the bar on the boat to everyone, so we could have fun with our gifted beers. Donated pints are not to be looked at, but the captain, who was sweaty, apologized to us, not wanting to become another Schettino, yes. While waiting with a beer in the hand, I was looking for a souvenir magnet with the Sardinian flag, but Billy advised that for 4 euros in Corsica I would buy two, and God willing I would get the third one for free. I trusted him. Use the ferries, and emerge in what they have to offer.

    2. Maneuvering at camping sites

    We rarely sleep on campsites, so when a decision is made about such accommodation, we are in quite a lot of emotions. We cannot decide where to put the van, whether there is good ground leveling, how much shade there is, what kind of people are around, preferably it should be quite intimate and with good distance to showers and toilets. Generally a fat logistics operation. Our first campsite in Corsica is camp Rodinara, near Bonifacio. That’s where we maneuvered so much that a branch stuck in the rear side window of the van and smashed it to dust. So we did the rest of the Corsican adventure with a picturesque cardboard on the side.

    What doesn’t kill you, makes you stronger. Rodinar’s campsite had much more to offer. From the morning we warmed ourselves in luxury by the pool overlooking the sea, under a bamboo umbrella, on a sunbed. We recommend this place. Elegant showers, cafe, pizzeria, swimming pool, small shop, where I finally got the Maura head magnet – all for 22 euro a night plus a dog, everything included.

    We also recommend camping Calamar, near Cervione. Especially in times of coronavirus. There’s a big emptiness in there, just us and 3 other vans. 12 euros a night, showers right on the beach, sinks with a wonderful sea view. Parking in an old olive grove with plenty of shade and a hippi vibe created by the faces of the pachamama carved in the trees. In addition, Billie wanted to play hide and seek. Upset, he said that he had lost 700 euros and was going through the van furiously so that I would finally find his loss, which I supposedly hid anyway. Picturesque paratroopers in the blue sky silenced the emotions of this action. A German couple with two small children settled next to us. They cried at night, and from the tense relationship felt between their parents, please, save us god and pachamama.

    Camps are also small worlds, use them in moderation, just like us, then they are more appreciated. And maneuver with your head.

    3. Beach fun

    Corsica’s beaches are picture-perfect. Azure blue water, crystal clear in color, a white sailboat skimming the horizon. We are looking for shade among pine trees, Farel is sitting in a cafe cupboard. All this is happening near the town of Aleria. In addition, we are supplied with shrimps from the market for 2.40 euro per box, Pietra beer with an extremely dark color pleasantly chills the throat. Broken van glass doesn’t bother that much anymore. Plus, Billy is compulsive in composing songs. Although the singing is a bit at odds, he is a class-writer. However, it is better if the lyrics of these songs remain in the walls of the van. Singing in a van is cool, and if you also arrange your own lyrics, it’s a double respect.

    On the road from Il Rousse to San Florence, another great sandy spot. We recommend playing paddles until you lose your breath, then the sunsets taste like never before. We experienced a spectacular one, at the end of a blind road, where we parked the van for the night, and in the morning Billy fell into his own shit pile when the branch he was clinging to could not bear his weight and his stool. We took it as a good omen. Because soon we had one of the best snoarklings.

    I recommend this beach hobby to everyone, being a newbie in the subject myself. The multitude and beauty of the underwater worlds are beyond words. In the vicinity of the lighthouse in Il Rousse, I even spotted one red starfish, nonchalantly stretched on the stone slope.

    One more thing. The black beach in Nonza is a must see. Here it is enough to pull out the photo camera and the photos do themselves, the unfinished film frames stick in the head. The stones, dark with asbestos shells, burn your feet, and the blue, salty as hell water carries the body and waves it slightly, cooling it pleasantly. Billy came up with a brilliant idea for a competition to keep the hot stones between the buttocks as long as possible. He then dropped them, stuffing as much as he could beforehand, happily crouching, simulating diarrhea. The beach is definitely associated with fun for this person. Or maybe with a tan, which he gains bravely and evenly.

    4. Ordinary stories from Il Rousse

    Ille Rousse is a significant place for Billy. We couldn’t miss it while in Corsica. He walked around it almost like a mayor.

    It was here that his mind dissolved in cold-blooded memories of working at the Napoleon Hotel, in the city center, about six years ago. He completed a 6-month stay as a cook, where he took his first steps in this profession, and as an ambitious person he overcame the inconvenience of pay, bills and food. As he says, he used to smoke a lot and sometimes skateboarded. He would steal mangoes from refrigerators and eat them two grits, also packed two in his roommate’s bag with the recommendation to eat them quickly, preferably in the toilet. Although, as you can see, the conditions were severe, he remembers this place with nostalgia and feels like a former citizen of the city. He mentions the nicknames Executour and Dominatour (with a French accent) allegedly given to him by local girls.

    Despite the knowledge of the town, he chose a weird place for the night. It was a parking lot under an old lighthouse, where it started to get scary around midnight. It was Friday. Drunken youth started playing loud music from cars and driving them in a dizzying way too close to us. We watched it all in the sweat, hidden behind the silver window covers of the van. Only after a slight re-parking did we manage to fall asleep peacefully and in silence.

    Sightseeing with local guides is always included. Those with vivid imaginations have an even bigger plus with me.

    5. Road to Cap Corse – Corsica has it all

    The interior of Corsica is as beautiful and wild as the interior of an exclusive island can be. It is similar in beauty to the Dolomites, with mountain jaggedness piled up on the horizon.

    Yesterday we slept in a forest near the lake to come to the conclusion that Corsica has it all. Beautiful forests, charming lakes, blue sea and old, stylish houses surrounded by high mountains. It also has loose living pets. In the forest we were awakened by the mooing of the cows that ran and chased each other among the ferns in the morning. We also passed herds of free goats and even black pigs, which Billy says are typical of the region.

    This belief was doubly confirmed by the road to Cap Corse. Rotary in nature, stretched over the very edge of the sea, but at a considerable height, which made some bends spontaneously hold our breath. On the route, we passed unmoved old people playing petanque calmly, groups of goats walking carelessly by the road, as if they didn’t care about traffic laws, and that’s good. It is a pleasure to stop here. Old chapels, mansions built in an insular, antique style, majestically piled up into small villages and the icing on the cake – an asbestos mine near Nonza. Straight from a Wes Anderson movie. It is closed, but it adds character and mystery to the island.

    Make sure to check out Corte, a lovely fortress on a weathered hill with a magnificent view of the Corsican landscape. Mountainousness combined with sea. Pure genius.

    We passed one by one the parking lots by the sea. We spent our last night on one of them, 15 minutes from Bastia. We poured local white wine mixed with even more local Orezza sparkling water down our throats to sleep. Must drink …

  • Vegan/freegan/polish

    Vegan/freegan/polish

    Słuchajcie tego. Połączyłam wegańskie, frigańskie i polskie w jednym daniu.

    Miałam w lodówie, zalegające od jakiegoś czasu frigańskie papryki. Jako, że Billy nie bardzo lubi je na surowo czy z sałatą, przypomniałam sobie o słynnych faszerowanych ryżem i mięsem paprykach mojej mamy. A pewnie i większości polskich matek. Dodatkowo dysponowałam resztkami kaszy jęczmiennej, w którą zaopatrzyłam się w polskim sklepie w Rejkjaviku. 

    Wiedziona tym tropem pobiegłam do marketu szukać fajnego wegańskiego mięska. Nie kupujemy mięsa zwierzęcego, bo wstyd, a poza tym mamy go dosyć. Wypatrzyłam ciekawy sojowo-glutenowy zamiennik- Shredded hoisin duck by Linda Mccartney. Tym samym zaczynam wielki test dostępnych na Islandii wegańskich mięs. 

    No to tak:

    1. Przecięłam 2 papryki na pół, wydłubałam nasiona. Dodatkowo miałam jedną podłużną czerwoną paprykę, więc ją także wydrążyłam.  Utworzyła nawet ciekawszą formę paprykowego canelloni.
    2. Nasmarowałam je delikatnie olejem i wstawiłam na 15 minut do nagrzanego na 200 stopni piekarnika.
    3. Ugotowaną kaszę jęczmienną połączyłam na rozgrzanej patelni z czosnkiem i imbirem-na zdrowie, szarpaną, wegańską kaczką, porem (freegan) i świeżą pietruszką. 
    4. Takim właśnie farszykiem niedbale wypełniłam podpieczone wcześniej papryki i oprószyłam białym twarogiem. Dodatek niekonieczny, ale akurat polski sklep również rozczulił moje serce tym produktem. Można zastąpić tofu lub innym serkiem. 
    5. Naładowane mocą kaszy papryki zapiekamy w piecu najlepiej na blaszce wyłożonej papierem przez kolejne 15 minut, w tej samej temperaturze.
    6. Smacznego!

    My jedliśmy z polskim, a jakże kiszonym ogórem, buraczkami tartymi, sałatą i humusem. 

    Sam wegański zastępnik oceniam na cztery z plusem. Fajnie przyprawiony, leniwym odbiera pracy,  dla ambitnych szukam dalej. Stay tuned.

    English version:

    Listen to this. I combined vegan, freegan and Polish in one dish. I had some freegan peppers left in my fridge for some time and I didn’t hesitate to use them. 

    Since Billy doesn’t really like peppers raw or even with lettuce, I reminded myself of my mothers’ famous peppers stuffed with rice and meat recipe. Its probably typical for all Polish mothers. In addition, I had some barley groats, which I bought in a Polish store in Reykjavik. 

    Following my instincts, I ran to the supermarket looking for a nice vegan meat. We do not buy animal meat, it is a shame, and besides, we are fed up with it. I spotted an interesting soy-gluten substitute – Shredded hoisin duck by Linda Mccartney. Thus, I am starting a great test of vegan meats available in Iceland. 

    So there it is: 

    1. I cut 2 peppers in half, picked out the seeds. Additionally, I had one oblong red pepper, so I hollowed it out as well. It created even a more interesting form of paprika canelloni. I greased them gently with oil and put them for 15 minutes in an oven preheated to 200 degrees. 

    2. I combined the cooked barley groats with garlic and ginger on a hot pan – healthy mix, pulled, vegan duck, leek (freegan) and fresh parsley. 

    3. With this stuffing I carelessly filled the previously baked peppers and sprinkled them with white cottage cheese. Not a necessary addition, but the Polish store also touched my heart with this product. 

    4. Bake the peppers loaded with grits in the oven, preferably on a baking tray lined with paper for another 15 minutes, at the same temperature. Enjoy your meal! 

    We ate it with Polish pickled cucumber, grated beetroots, lettuce and hummus. I rate the vegan substitute itself four with a plus. Well-preseasoned, good for lazy or busy people. For those of you out there who are more ambitious I am gonna continue my search of perfect vegan meat. Stay tuned.

  • Loppa czyli lumpeksy

    Loppa czyli lumpeksy

    Chciałabym oficjalnie podkreślić, iż używane przedmioty kręcą nas bardziej niż nowe. Nie, że nie szanujemy współczesnego rękodzieła. Wręcz przeciwnie. Mamy nawet wielu ulubionych artystów, co wiedzą doskonale co robić z dłońmi i staramy się ich wspierać. Chwała dla POOKA POLAND i manufaktura ST. GUSTAV. Ale. No właśnie, odkąd pojawiliśmy się na skandynawskiej ziemi, a teraz także na Islandii i odkryliśmy loppemarkety, czy jak kto woli pchle targi, to kupujemy tam często i gęsto.

    Na wyspie Heimaey, ku naszej uciesze, mamy jeden butik tego typu i to całkiem bogato uposażony. Zaskakująco także w polskie produkty ceramiczne z Bolesławca. Islandczycy kochają te zastawy. Są tu nawet tańsze niż w Polsce. Kubki na siłowni, na którą się zapisałam zanim jeszcze zamknął ją koronawirus, co do jednego były z Bolesławca. W hotelu, w którym pracuję też znalazłam parę naczynek tej marki. Gusta Islandzkie są dla mnie jeszcze nie do końca rozszyfrowane. Work in progress. 

    Jako, że też szanuje ten brand wybrałam sobie jeden upominkowy Bolesławiec. Świecznik Baba. Tak ją wspólnie nazwaliśmy. Przaśnie podtrzymuje płomień domowego ogniska. Na długie, ciemne, zimne islandzkie wieczory absolutny must have. 

    Lumpeksy tutaj to przeważnie duże hale wypełnione lampami, meblami, artykułami rtv i agd, ceramiką. Można się po nich włóczyć godzinami, w głowie snując zapomniane historie poszczególnych przedmiotów.

    Moją uwagę przykuł portret tajemniczej młodej damy z tytułowego zdjęcia. Taka smarkata, a już tyle w niej sekretów pomyślałam. Zdawało mi się, że to ona wypatrzyła mnie, a nie ja ją. Nie kupiłam jej, niech gapi się na wszystkich klientów. Staromodny monitoring, w sam raz pasujący do tego miejsca.

    Z ciekawszych artykułów, znaleźliśmy też amerykańską lodówkę w stylu vintage. Tę, na której wzoruje się modna edycja retro SMEG. Widać duży przepływ towarów między Ameryką, a Islandią. Lot stąd do USA zajmuje już tylko 5h. Domy na święta też zdobią po amerykańsku, na bogato, z przepychem. Ale o tym już wkrótce. 

    Zapraszam na wirtualną wycieczkę po naszym lumpeksie. Ciao.

    Na ochłodzenie emocji lodóweczka General Electric.

     

    English version: 

    I would like to officially emphasize that used items attract us more than new ones. And yes, we still respect handicrafts. We even have many favorite artists who know very well what to do with their hands and we try to support them. Eternal glory to POOKA POLAND and ST. GUSTAV manufacture. There is a but though. Since we appeared on Scandinavian soil, and now also in Iceland, and we discovered loppemarkets, or if you prefer flea markets, we buy there often and willingly.

    On the island of Heimaey, to our delight, we have one boutique of this type, and it is quite well equipped. Surprisingly also in Polish ceramic products from Bolesławiec. Icelanders love these tableware. They are even cheaper here than in Poland. Mugs at the gym, which I signed up for before the coronavirus closed it, each piece was from Bolesławiec. In the hotel where I work, I also found a pair of dishes of this brand. Icelandic tastes are not fully clear to me yet. Work in progress.

    As we also respect this brand, I chose one item from Bolesławiec. Babushka candlestick. We gave it that name together. Its warm light keeps the white Scandinavian interior cosy. An absolute must have for long, dark, cold Icelandic evenings.

    Flea markets here are usually large halls filled with lamps, furniture, radio and household appliances, ceramics. You can wander around for hours, weaving forgotten stories of individual items in your head. My attention was drawn to the portrait of a mysterious young lady from the title photo. Such a snot, and already so many secrets in her, I thought. I was sure she had spotted me first, not the other way round. I didn’t buy the painting, letting her stare at all the customers. Old-fashioned monitoring, just right for this place. 

    For more interesting items, we also found an American vintage refrigerator. The one that the fashionable retro edition of SMEG is based on. Perhaps. There has always been a large flow of goods between America and Iceland. The flight from here to US takes only 5 hours. 

    Icelanders tend to decorate houses for Christmas in American style, richly and lavishly. But more on that soon.

    I invite you on a virtual tour of our store. Keep cool. Ciao. 

  • Podróż sypialnym

    Podróż sypialnym

    W dzień wolny od pracy wybrałam się promem do stolicy. Zaliczyłam wypasione centrum handlowe, w którym znalazłam sklep z markową odzieżą używaną. Super inicjatywa pomyślałam, jako że nowe ciuchy i inne sklepy w ogóle mnie już nie kusiły. Pełno adidasów z mojej ulubionej serii Gazelle, odzież skateboardingowych brandów, znalazłam nawet płaszcz Rainsa. 2 h spędziłam tam pocąc się w zimowej kurtce. Z lekkim bólem głowy, ale szczęśliwa, z łowami opuściłam butik. Wydałam około 220 ziko, a to co kupiłam ledwo mogłam unieść. Zahaczyłam jeszcze o księgarnię, w dziale dla dzieci znalazłam nową pozycję tłumaczącą fenomen koronawirusa (foto tytułowe). Wypada śledzić literackie trendy. Wszyscy wokół oczywiście w obowiązkowych maseczkach. 

    Później był polski sklep, jako że tata koleżanki potrzebował zaopatrzyć się w biały, pszenny chleb, za którym tęskni, prawie tak samo jak za ojczyzną. On 10 bochenków, ja tarte buraki, ekspedientki witały nas od drzwi, roześmianym dzień dobry, jak minął dzień, przy kasach zagadywały jeszcze intensywniej. Nie wiedziałam jak reagować, więc uciekłam. Polacy za granicą wydawali się przeszczęśliwi. W pobliżu moją uwagę zwróciło ciekawe gołębiowe graffiti. Gołąb polski lepszy niż orzeł na godle.

    Powrót na wyspę Heimaey, ze względu na wzburzone morze, odbywał się trasą trzy godzinną (normalnie płynie się 40 minut). Zamówilśmy kabinkę sypialną, która okazała się strefą specjalnych kojo do leżakowania, jako że buja fest. Utuliło mnie słodko do snu w tej dziwnej, ale i inspirującej przestrzeni. Trochę jak sardynki w puszce, a trochę jak przedszkolaki na leżakowaniu. Promy są jednak kul. 

    Pozdrawiam.

    English version:

    On the day off from work, I took the ferry to the capital city. There I went to a fancy shopping mall where I found a second-hand brand store. I thought it was a great initiative, as new clothes and other stores did not tempt me at all. Lots of sneakers from my favorite Adidas Gazelle series, skateboarding clothes, I even found a Rains coat. I spent 2 hours there, sweating in my winter jacket. With a slight headache, but happy, with the hunt, I left the boutique. I spent about 220 zloty, and what I bought I could barely carry. I also checked the bookstore, in the children’s section I found a new publication explaining the phenomenon of coronavirus (title photo). It is appropriate to follow literary trends. Everyone around, of course, was wearing the obligatory masks.

    Later there was a Polish grocery store, as my friend’s dad needed to stock up on the white, wheat bread he misses, almost as much as his homeland. He bought 10 loaves, I took grated beetroots, the shop assistants greeted us from the door, shared some good morning laughs, asked how was the day and at the cash registers, they talked even more intensely. I didn’t know how to react, so I ran away. Poles abroad seemed overjoyed. Interesting pigeon graffiti caught my attention nearby. Polish pigeon was more picturesque than the eagle on the national emblem.  

    The return to the island of Heimaey, due to the rough sea, took a three-hour route (normally 40 minutes). We ordered a sleeping cabin, which turned out to be a special bunk beds section, as it was a very wavy trip- an essential. I was lulled to sleep in this strange but inspiring space. A bit like canned sardines, and a bit like preschoolers resting. The ferries, however, are cool, I thought. 

    Best regards.

     

  • Strajk

    Strajk

    Żeby nie było, że sytuacja w ojczyźnie jest nam obojętna. Wydrukowane plakaty wiszą, mimo deszczu i porywistego, islandzkiego wiatru przy ulicy Stradvegur 77, Vestmannaeyjar. Tutaj chwilowo mieszkamy, a permanentnie wspieramy strajk kobiet i jebiemy PIS. 

    A poniżej to, co wspierają lokalsi.

  • Going bananas

    Going bananas

    No to poszło. Może zwariowałam, a może markety wyrzucają zwariowane ilości bananów. Co z tym słodziutkim, bumerangowym owocem robić?

    My dajemy do porannych szejków z sokiem pomarańczowym, imbirem, cytryną i szpinakiem-to ja, Karol z płatkami owsianymi, mlekiem migdałowym i jagodami. Czasem, kiedy mamy masło orzechowe to wiem, że dodaje się i tego.

    Najlepiej smakuje dojrzały banan rozgnieciony na stostowanym uprzednio, pełnoziarnistym chlebie. Na górę dorzucamy powidła. My szanujemy te francuskie od St. Dalfour, a można je na Islandii dostać w dobrej cenie. Rapsodia czterech owoców: truskawek, malin, jeżyn i wiśni wybitnie siada na tej kanapce. Spróbujcie. Energii na cały dzień.

    A w dzień pochmurny i deszczowy wymyśliłam sobie chlebek bananowy. Nawet się rymuje. 

    1. Rozgniotłam trzy dojrzałe banany widelcem na nierówną masę. 

    2. Dodałam tę masę do 50 g stopionego masła i przemieszałam.

    3. Zmiksowałam jedno jajo z 5 łyżkami brązowego cukru i wymieszałam z bananową masą. Dodatkowo starłam na tarce o małych oczkach 1 cm kawałek imbiru, dodałam łyżeczkę kardamonu, cynamonu i startych goździków.

    4. W misce przesiałam mąkę (1 i 1/3 szklanki) i dodałam do niej markowego proszku do pieczenia (2 łyżeczki) oraz szczyptę soli.

    5. Na koniec dokładnie zmieszałam suche z aromatyczną, bananową masą, do uzyskania gęstej, budyniowej konsystencji.

    6. Taki budyń przekładamy do delikatnie natłuszczonej na brzegach keksówki, wkładamy w piekarnik rozgrzany na 175 stopni, góra dół i czekamy jakieś 50 minut na rezultaty.

    Ja dodatkowo udekorowałam mój chleb kolejnym bananem, jako że tych u nas dostatek, na górę masy. Polecam ten zabieg, by dodać chlebkowi troszkę animuszu. 

    Po 50 minutach sprawdzamy patyczkiem czy ciasto upiekło się elegancko. Moje wyszło tak.

  • Jesienny redyk

    Jesienny redyk

    Owce na Islandii widuje się często. Pola do wypasu mają nie lada. Te z głównej wyspy skubią trawę na tle wulkanów i lodowca, te tutaj, z Heimaey, na skalistych klifach z widokiem na ocean. Pytanie czy to, gdzie skubią ma na nie jakiś wpływ, pozostawiam otwarte, chciałam jednak odpowiedzieć na inne, które zaprzątało moją głowę od kiedy pojawiłam się na Vestmannaeyjar.

    Jak rzeczone owce dostają się na owe strome klify, i jak z nich schodzą? Czy żyją tam całorocznie, czy też kiedyś, i w jakiś sposób ich właściciele zbierają je ponownie? Słyszałam plotki o specjalnych helikopterach, które jakoby specjalizują się w owczym biznesie i pomagają hodowcom. 

    Jeśli faktycznie tak jest, to musi to wyglądać spektakularnie, myślałam do siebie, i kiedy tylko miałam okazję gapiłam się w okno, by za żadne skarby nie przegapić tego widowiska. 

    Prawdziwej odpowiedzi nie czekałam długo. Udało mi się zobaczyć cały spektakl z bliska. W jeden, z ostatnich słonecznych dni kiedy wybraliśmy się z Billim zdobyć klif Heimaklettur. Jako, że początek trasy jest super stromy, wspinaliśmy się (ja chwiejnie) z pomocą kilku drabin przymocowanych do skał, gdy wtem usłyszeliśmy krzyki w islandzkim języku. A oto cośmy zobaczyli. Nie polecam najmłodszym i najwrażliwszym widzom. 

    Helikopterów zatem nie było, były liny, wystraszone owce i gruboskórni Islandczycy w swoich wełnianych sweterkach. Poinformowali nas, że zdejmują tylko te najmłodsze, które wkrótce wylądują na ich stołach. Starsze zostają na klifach całą zimę, jako, że przez kojący wpływ oceanu na klimat, śniegu tu nie uświadczysz. 

    Kiedy nieśmiało spytałam, czy nigdy w ten sposób fizycznie nie uszkadzają owiec, odpowiedzieli, że nie i dziwnie się roześmiali. Czułam, że ich więź z tymi zwierzętami podlega innym kryteriom. Najstarszy z nich, blisko 90-tki, ponoć codziennie wspina się do swoich owiec dokarmiać je chlebem i rozpalać świece, odstraszające złe moce. I rzeczywiście, kilkakrotnie podczas nocnych spacerów po miasteczku, zaobserwowaliśmy ciepłe światło ognia wybijające się z ciemności klifu. Podobne ogniste przesądy można znaleźć w tradycji polskich redyków czyli uroczystych wyjść i powrotów pasterzy z wypasów owiec. 

    Rozbudzona tymi informacjami dokonałam kolejnego dziecinnego haftu, którego sens, jeśli w ogóle, uwidacznia się tylko na dużym zbliżeniu. Dla ułatwienia zestawiam ze zdjęciem inspiracyjnym. 

  • Amerykański filet

    Amerykański filet

    Tak wygląda, zmrożony i opakowany w iście amerykańskim stylu lat 60, dorsz z fabryki rybnej nieopodal. 

    W pudełku układany w piękne, opięte plastikiem rybie sztabki. 

    Do tego puree, zielony groszek i obiad dla szczęśliwej rodziny z obrazka gotowy. Najlepiej na niedzielę.

    Dodam, że mamy 6.11. 2020, Islandia. Odmrażamy.