Category: Podróże

  • 5 sposobów na Korsykę

    5 sposobów na Korsykę

    1. Ucztowanie promowe

    Wychodzi na to, że najlepiej bawimy się na promach. Szczególnie tych dalekobieżnych. Zaczęło się od pływania słynnymi liniami Polferries z Gdańska do szwedzkiego Nynashamn. Na temat fenomenu tych przepraw można by napisać osobną notkę. Myślę, że specjalny deck z grillem i kiełbaskami, sala kinowa z jedynym seansem, dyskoteka w okrąglaku z zadaszeniem w formie obserwatorium astrologicznego i pijani mężczyźni wywożeni na wózkach inwalidzkich przez pracowników ochrony mówią same za siebie. 

    Nawet pies zdaje się już być przyzwyczajony do promów, których ongiś bał się panicznie, jak zresztą większości rzeczy w swoim poschroniskowym życiu. Spokojnie wygrzewa się na pokładzie, z zaciekawieniem popatrując na fale, których widok ostatecznie go przeraża, więc asekuracyjnie usuwa się w cień. 

    Wjeżdżając na prom, wjeżdżasz do nowego świata. A na jego odkrycie czasem nie starcza czasu podczas jednej przeprawy. Kawiarenki, przedziały sypialne, sklepiki bezcłowe, jednoręcy bandyci, deki z leżakami, łaźnie i prysznice, wybiegi dla psów czy wreszcie ciekawe historie współpasażerów. Każdy płynie po coś, niektóre twarze świadczą same o sobie. Pytać nie trzeba. Nawet nie chce myśleć co dzieje się na prawdziwych cruiserach. 

    My płynęliśmy z portu Santa Teresa na Sardynii w kierunku Korsyki. I choć przeprawa niby krótka, prom niewielki, to i tak zabawa była przednia. Prom o godzinie 9 rano, na który wjechaliśmy podnieceni, przemycając psa, UWAGA, uderzył w skałę. Stało się to w samym porcie, więc zapobiegawczo kazano nam zejść z łajby i czekać na następny. Kapitan w swej hojności otworzył bar na łodzi dla wszystkich, więc mogliśmy zabawić się z piwkami za dara. Darowanym piwkom nie patrzy się w oczy, ale kapitanowi, co pięknie spocony przepraszał nie chcąc zostać kolejnym Schettino, już tak. W oczekiwaniu i z piwkiem w dłoni szukałam pamiątkowego magnesu z flagą Sardynii, ale Billy doradził, że za 4 euro na Korsyce kupię dwa, a jak da bóg to trzeci dostanę gratis. Zaufałam mu. Pływajcie promami, a jak dają to bierzcie. 

    IMG-5144

    2. Manewrowanie na campingach

    Na campingach śpimy rzadko, więc jeśli już zapada decyzja o takim noclegu, jesteśmy w nie lada emocjach. Nie możemy się zdecydować gdzie ustawić vana, czy jest dobre wyrównanie terenu, ile cienia, jacy ludzie wokół, najlepiej, żeby było dość intymnie i dobra odległość od pryszniców i toalety. Generalnie gruba operacja logistyczna. Nasz pierwszy camping na Korsyce to camping Rodinara, niedaleko Bonifacio. Tam właśnie tak manewrowaliśmy, że aż gałąź utkwiła w bocznej, tylnej szybie vana i rozbiła ją w proch. Resztę korsyckiej przygody odbyliśmy zatem z malowniczym kartonem z boku. 

    Co was nie zabije to was wzmocni. Kamping Rodinara miał wiele więcej do zaoferowania. Od rana grzaliśmy się w luksusie przy basenie z widokiem na morze, pod bambusową parasolką, na leżaku. Polecamy te miejscówkę. Eleganckie prysznice, kawiarnia, pizzeria, basen, sklepik, gdziem wreszcie nabyła rzeczony magnes z głową Maura-wszystko za 22 euro za noc plus pies, everything included.

    Polecamy też kemping Calamar, niedaleko Cervione. Szczególnie w czasach koronawirusa. W środku wielkie pustki, tylko my i 3 inne vany. 12 euro za noc, prysznice nad samą plażą, umywalki ze wspaniałym widokiem na morze. Parking w starym gaju oliwnym z dużą ilością cienia i klimatem hippi współtworzonym przez wyrzeźbione w drzewach twarze pachamamy. Do tego Billiemu zachciało się bawić w chowanego. Poddenerwowany stwierdził, że zgubił 700 euro i w szale przetrzepywał furgonetkę, bym to w końcu ja znalazła jego zgubę, którą ponoć i tak ukryłam. Malowniczy spadochroniarze na błękitnym niebie wyciszyli emocje tej akcji. Obok nas ulokowała się za to niemiecka para z dwójką małych dzieci. Te po nocach płakały, a przed napiętą relacją wyczuwalną między ich rodzicami, uchroń mnie proszę boże i pachamamo. 

    Campingi to też małe światy, korzystajcie z nich z umiarem, tak jak my, wtedy docenia się je bardziej. I manewrujcie z głową.  

    3. Zabawy plażowe

    Plaże Korsyki są rajskie, jak z obrazka. Lazurowa woda, o krystalicznie czystym kolorze, na horyzoncie przemyka biała żaglówka. My szukamy cienia wśród drzew piniowych, Farel siedzi w kawiarnianej szafce. Wszystko to dzieje się w okolicach miasteczka Aleria. Do tego jesteśmy zaopatrzeni w krewetki z marketu po 2,40 euro za pudełko, piwko Pietra o wyjątkowo ciemnej barwie przyjemnie chłodzi gardło. Wybita szyba nie przeszkadza już tak bardzo. Dodatkowo Billy nałogowo układa piosenki. Choć ze śpiewem jest troszeczkę na bakier to tekściarz z niego klasowy. Lepiej jednak jeśli słowa tych utworów pozostaną w ścianach vana. Śpiewanie we vanie to jest to, a jak jeszcze układacie swoje teksty to szacunek podwójny. 

    Przy drodze z Il Rousse do San Florence kolejna świetna piaszczysta miejscówka. Polecamy granie w paletki do utraty tchu, potem zachody słońca smakują jak nigdy. My przeżyliśmy taki jeden, spektakularny na końcu ślepej drogi, gdzie zaparkowaliśmy vana na noc, a o poranku Billion wpadł we własną kupę, gdy gałąź której kurczowo się trzymał nie wytrzymała ciężaru jego i kału. Wzieliśmy to za dobry omen. Bo wkrótce udało nam się odbyć jeden z lepszych snoarklingów. 

    Polecam to plażowe hobby wszystkim, będąc sama świeżakiem w temacie. Mnogość i uroda podwodnych światów są nie do oddania w słowach. W okolicach latarni w Il Rousse wypatrzyłam nawet jedną czerwoną rozgwiazdę, nonszalancko rozciągniętą na kamiennym zboczu. 

    Jeszcze jedno. Czarna plaża w Nonza to must see. Tutaj wystarczy wyciągnąć aparat foto, a zdjęcia robią się same, gotowe kadry filmowe lepią się w głowie. Ciemne od azbestowych łupin kamienie parzą w stopy, a błękitna, słona jak cholera, woda nosi ciało i faluje nim lekko, przyjemnie chłodząc. Billy wpadł na genialny pomysł konkursu na jak najdłuższe przetrzymywanie rozgrzanych kamieni między pośladkami. Upuszczał je następnie, wpychając uprzednio ile wlezie, z radością, w przykucu, symulując rozwolnienie. Tejże osobie plaża bezwarunkowo kojarzy się z zabawą. A i może z opalenizną, którą dzielnie i równomiernie zdobywa.

    4. Zwyczajne opowieści z Il Rousse

    Ille Rousse to dla Billiego miejsce znaczące. Nie mogliśmy go pominąć będąc na Korsyce. Oprowadzał po nim prawie jak burmistrz.

    To tutaj jego umysł rozpuścił się w zmiennocieplnych wspomnieniach pracy w hotelu Napoleon, w centrum miasta, około 6 lat temu. Zaliczył 6-miesięczny pobyt pracowniczy w charakterze kucharza, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki w tymże fachu, a jako osoba ambitna pokonał niedogodności płacy, rachunków i wyżywienia. Jak twierdzi, dużo jarał i czasem jeździł na deskorolce. Wykradał mango z lodówek i jadł je na dwa gryzy, zapakowawszy także dwa do torby współlokatorowi z zaleceniem szybkiego ich zjedzenia, najlepiej w kiblu. Choć jak widzicie warunki bywały różne, miejsce owe wspomina z nostalgią i czuje się jak były obywatel miasta. Wspomina o ksywkach Executour i Dominatour (z francuskim akcentem), które ponoć nadawały mu lokalne dziewczęta. 

    Mimo znawstwa miasteczka nocleg wybrał nam taki se. Był to parking pod starą latarnią morską, gdzie koło północy zaczęło robić się groźnie. Był piątek. Pijana młodzież wzięła się za granie głośnej muzyki z samochodów i jazdę nimi w zawrotny sposób zbyt blisko nas. Wszystko to obserwowaliśmy spoceni, ukryci za srebrnymi zaślepkami tylnich szyb vana. Dopiero po niewielkim przeparkowaniu udało się zasnąć spokojnie i w ciszy. 

    Zwiedzanie z lokalnymi przewodnikami zawsze w cenie. Ci, z wybujałą wyobraźnią mają u mnie jeszcze większy plus.

    5. Droga na Cap Corse – Korsyka ma wszystko

    Wnętrze Korsyki jest piękne i dzikie jak może być tylko interior ekskluzywnej wyspy. Jest podobne w swej urodzie Dolomitom, z górskimi wystrzępieniami nagromadzonymi na horyzoncie. 

    Wczoraj spaliśmy w lesie nieopodal jeziora, by dojść do wniosku, że Korsyka ma w sobie wszystko. Piękne lasy, urocze jeziora, błękitne morze i stare, stylowe domki w otoczeniu wysokich gór. Ma też luźno żyjące zwierzęta domowe. W lesie obudziło nas muczenie krów, co o poranku biegały i goniły się na wzajem między paprociami. Mijaliśmy też stada wolnych kóz, a nawet czarnych świń, które jak twierdzi Billy są typowe dla regionu.

    Podwójnie utwierdziła nas w tym przekonaniu droga na Cap Corse. Obrotowa w swym charakterze, rozpięta nad samym skrajem morza, ale na sporej wysokości, co sprawiało, że niektóre zakręty samoistnie wstrzymywały nam oddech. Na trasie mijaliśmy niewzruszonych niczym staruszków grających spokojnie w petankę, grupy kóz przechadzające się beztrosko przy drodze, jakby za nic mające prawa ruchu drogowego, i dobrze. Zatrzymywać się tutaj to sama przyjemność. Stare kapliczki, rezydencje budowane w wyspiarskim, antycznym stylu, majestatycznie piętrzące się w małe wioski i wisienka na torcie czyli kopalnia azbestu blisko Nonza. Prosto z filmu Wesa Andersona. Już nieczynna, ale dodająca wyspie charakteru i tajemniczości. 

    Koniecznie zahaczcie o Corte, urocza twierdza na zwietrzałym wzgórzu o wspaniałym widoku na korsyckie rozległości krajobrazu. Górzystość połączona z morskością. Czysty geniusz. 

    Parkingi nad samym morzem mijaliśmy jeden za drugim. Ostatnią noc spędziliśmy na jednym z nich, 15 minut od Bastii. Do snu wlewaliśmy w gardło lokalne białe wino mieszane z jeszcze bardziej lokalną wodą naturalnie gazowaną Orezza. Must drink..

    English version:

    1. Ferry feast

    It turns out we have the best fun on the ferries. Especially the long-distance ones. It started with sailing on the famous Polferries lines from Gdańsk to Swedish Nynashamn. A separate note could be written about the phenomenon of these crossings. I think that a special deck with grill and sausages, a cinema room with a single screening, a disco in a circular log with a roof in the form of an astrological observatory and drunk men taken out in wheelchairs by security guards speak for themselves.

    Even our dog seems to be used to the ferries he was once terrified of, like most things in his post-shelter life. He is calmly basking on the deck, looking with curiosity at the waves, the sight of which ultimately terrifies him, so he steps back into the shadows with caution.

    By boarding the ferry, you are entering a new world. And sometimes there is not enough time to discover it during one crossing. Cafes, sleeping compartments, duty-free shops, one-handed bandits, deck chairs, baths and showers, dog runs and, finally, interesting stories from fellow passengers. Everyone is on it for something, some faces testify for themselves. No need to ask. We don’t even want to think about what’s happening on real cruisers.

    We sailed from the port of Santa Teresa in Sardinia towards Corsica. And although the crossing was supposed to be short, the ferry was small, it was still fun. The ferry at 9 am, which we entered excitedly, smuggling a dog, ATTENTION, hit the rock. It happened in the port itself, so we were ordered, as a precaution, to get off the boat and wait for the next one. The captain, in his generosity, opened the bar on the boat to everyone, so we could have fun with our gifted beers. Donated pints are not to be looked at, but the captain, who was sweaty, apologized to us, not wanting to become another Schettino, yes. While waiting with a beer in the hand, I was looking for a souvenir magnet with the Sardinian flag, but Billy advised that for 4 euros in Corsica I would buy two, and God willing I would get the third one for free. I trusted him. Use the ferries, and emerge in what they have to offer.

    2. Maneuvering at camping sites

    We rarely sleep on campsites, so when a decision is made about such accommodation, we are in quite a lot of emotions. We cannot decide where to put the van, whether there is good ground leveling, how much shade there is, what kind of people are around, preferably it should be quite intimate and with good distance to showers and toilets. Generally a fat logistics operation. Our first campsite in Corsica is camp Rodinara, near Bonifacio. That’s where we maneuvered so much that a branch stuck in the rear side window of the van and smashed it to dust. So we did the rest of the Corsican adventure with a picturesque cardboard on the side.

    What doesn’t kill you, makes you stronger. Rodinar’s campsite had much more to offer. From the morning we warmed ourselves in luxury by the pool overlooking the sea, under a bamboo umbrella, on a sunbed. We recommend this place. Elegant showers, cafe, pizzeria, swimming pool, small shop, where I finally got the Maura head magnet – all for 22 euro a night plus a dog, everything included.

    We also recommend camping Calamar, near Cervione. Especially in times of coronavirus. There’s a big emptiness in there, just us and 3 other vans. 12 euros a night, showers right on the beach, sinks with a wonderful sea view. Parking in an old olive grove with plenty of shade and a hippi vibe created by the faces of the pachamama carved in the trees. In addition, Billie wanted to play hide and seek. Upset, he said that he had lost 700 euros and was going through the van furiously so that I would finally find his loss, which I supposedly hid anyway. Picturesque paratroopers in the blue sky silenced the emotions of this action. A German couple with two small children settled next to us. They cried at night, and from the tense relationship felt between their parents, please, save us god and pachamama.

    Camps are also small worlds, use them in moderation, just like us, then they are more appreciated. And maneuver with your head.

    3. Beach fun

    Corsica’s beaches are picture-perfect. Azure blue water, crystal clear in color, a white sailboat skimming the horizon. We are looking for shade among pine trees, Farel is sitting in a cafe cupboard. All this is happening near the town of Aleria. In addition, we are supplied with shrimps from the market for 2.40 euro per box, Pietra beer with an extremely dark color pleasantly chills the throat. Broken van glass doesn’t bother that much anymore. Plus, Billy is compulsive in composing songs. Although the singing is a bit at odds, he is a class-writer. However, it is better if the lyrics of these songs remain in the walls of the van. Singing in a van is cool, and if you also arrange your own lyrics, it’s a double respect.

    On the road from Il Rousse to San Florence, another great sandy spot. We recommend playing paddles until you lose your breath, then the sunsets taste like never before. We experienced a spectacular one, at the end of a blind road, where we parked the van for the night, and in the morning Billy fell into his own shit pile when the branch he was clinging to could not bear his weight and his stool. We took it as a good omen. Because soon we had one of the best snoarklings.

    I recommend this beach hobby to everyone, being a newbie in the subject myself. The multitude and beauty of the underwater worlds are beyond words. In the vicinity of the lighthouse in Il Rousse, I even spotted one red starfish, nonchalantly stretched on the stone slope.

    One more thing. The black beach in Nonza is a must see. Here it is enough to pull out the photo camera and the photos do themselves, the unfinished film frames stick in the head. The stones, dark with asbestos shells, burn your feet, and the blue, salty as hell water carries the body and waves it slightly, cooling it pleasantly. Billy came up with a brilliant idea for a competition to keep the hot stones between the buttocks as long as possible. He then dropped them, stuffing as much as he could beforehand, happily crouching, simulating diarrhea. The beach is definitely associated with fun for this person. Or maybe with a tan, which he gains bravely and evenly.

    4. Ordinary stories from Il Rousse

    Ille Rousse is a significant place for Billy. We couldn’t miss it while in Corsica. He walked around it almost like a mayor.

    It was here that his mind dissolved in cold-blooded memories of working at the Napoleon Hotel, in the city center, about six years ago. He completed a 6-month stay as a cook, where he took his first steps in this profession, and as an ambitious person he overcame the inconvenience of pay, bills and food. As he says, he used to smoke a lot and sometimes skateboarded. He would steal mangoes from refrigerators and eat them two grits, also packed two in his roommate’s bag with the recommendation to eat them quickly, preferably in the toilet. Although, as you can see, the conditions were severe, he remembers this place with nostalgia and feels like a former citizen of the city. He mentions the nicknames Executour and Dominatour (with a French accent) allegedly given to him by local girls.

    Despite the knowledge of the town, he chose a weird place for the night. It was a parking lot under an old lighthouse, where it started to get scary around midnight. It was Friday. Drunken youth started playing loud music from cars and driving them in a dizzying way too close to us. We watched it all in the sweat, hidden behind the silver window covers of the van. Only after a slight re-parking did we manage to fall asleep peacefully and in silence.

    Sightseeing with local guides is always included. Those with vivid imaginations have an even bigger plus with me.

    5. Road to Cap Corse – Corsica has it all

    The interior of Corsica is as beautiful and wild as the interior of an exclusive island can be. It is similar in beauty to the Dolomites, with mountain jaggedness piled up on the horizon.

    Yesterday we slept in a forest near the lake to come to the conclusion that Corsica has it all. Beautiful forests, charming lakes, blue sea and old, stylish houses surrounded by high mountains. It also has loose living pets. In the forest we were awakened by the mooing of the cows that ran and chased each other among the ferns in the morning. We also passed herds of free goats and even black pigs, which Billy says are typical of the region.

    This belief was doubly confirmed by the road to Cap Corse. Rotary in nature, stretched over the very edge of the sea, but at a considerable height, which made some bends spontaneously hold our breath. On the route, we passed unmoved old people playing petanque calmly, groups of goats walking carelessly by the road, as if they didn’t care about traffic laws, and that’s good. It is a pleasure to stop here. Old chapels, mansions built in an insular, antique style, majestically piled up into small villages and the icing on the cake – an asbestos mine near Nonza. Straight from a Wes Anderson movie. It is closed, but it adds character and mystery to the island.

    Make sure to check out Corte, a lovely fortress on a weathered hill with a magnificent view of the Corsican landscape. Mountainousness combined with sea. Pure genius.

    We passed one by one the parking lots by the sea. We spent our last night on one of them, 15 minutes from Bastia. We poured local white wine mixed with even more local Orezza sparkling water down our throats to sleep. Must drink …

  • Loppa czyli lumpeksy

    Loppa czyli lumpeksy

    Chciałabym oficjalnie podkreślić, iż używane przedmioty kręcą nas bardziej niż nowe. Nie, że nie szanujemy współczesnego rękodzieła. Wręcz przeciwnie. Mamy nawet wielu ulubionych artystów, co wiedzą doskonale co robić z dłońmi i staramy się ich wspierać. Chwała dla POOKA POLAND i manufaktura ST. GUSTAV. Ale. No właśnie, odkąd pojawiliśmy się na skandynawskiej ziemi, a teraz także na Islandii i odkryliśmy loppemarkety, czy jak kto woli pchle targi, to kupujemy tam często i gęsto.

    Na wyspie Heimaey, ku naszej uciesze, mamy jeden butik tego typu i to całkiem bogato uposażony. Zaskakująco także w polskie produkty ceramiczne z Bolesławca. Islandczycy kochają te zastawy. Są tu nawet tańsze niż w Polsce. Kubki na siłowni, na którą się zapisałam zanim jeszcze zamknął ją koronawirus, co do jednego były z Bolesławca. W hotelu, w którym pracuję też znalazłam parę naczynek tej marki. Gusta Islandzkie są dla mnie jeszcze nie do końca rozszyfrowane. Work in progress. 

    Jako, że też szanuje ten brand wybrałam sobie jeden upominkowy Bolesławiec. Świecznik Baba. Tak ją wspólnie nazwaliśmy. Przaśnie podtrzymuje płomień domowego ogniska. Na długie, ciemne, zimne islandzkie wieczory absolutny must have. 

    Lumpeksy tutaj to przeważnie duże hale wypełnione lampami, meblami, artykułami rtv i agd, ceramiką. Można się po nich włóczyć godzinami, w głowie snując zapomniane historie poszczególnych przedmiotów.

    Moją uwagę przykuł portret tajemniczej młodej damy z tytułowego zdjęcia. Taka smarkata, a już tyle w niej sekretów pomyślałam. Zdawało mi się, że to ona wypatrzyła mnie, a nie ja ją. Nie kupiłam jej, niech gapi się na wszystkich klientów. Staromodny monitoring, w sam raz pasujący do tego miejsca.

    Z ciekawszych artykułów, znaleźliśmy też amerykańską lodówkę w stylu vintage. Tę, na której wzoruje się modna edycja retro SMEG. Widać duży przepływ towarów między Ameryką, a Islandią. Lot stąd do USA zajmuje już tylko 5h. Domy na święta też zdobią po amerykańsku, na bogato, z przepychem. Ale o tym już wkrótce. 

    Zapraszam na wirtualną wycieczkę po naszym lumpeksie. Ciao.

    Na ochłodzenie emocji lodóweczka General Electric.

     

    English version: 

    I would like to officially emphasize that used items attract us more than new ones. And yes, we still respect handicrafts. We even have many favorite artists who know very well what to do with their hands and we try to support them. Eternal glory to POOKA POLAND and ST. GUSTAV manufacture. There is a but though. Since we appeared on Scandinavian soil, and now also in Iceland, and we discovered loppemarkets, or if you prefer flea markets, we buy there often and willingly.

    On the island of Heimaey, to our delight, we have one boutique of this type, and it is quite well equipped. Surprisingly also in Polish ceramic products from Bolesławiec. Icelanders love these tableware. They are even cheaper here than in Poland. Mugs at the gym, which I signed up for before the coronavirus closed it, each piece was from Bolesławiec. In the hotel where I work, I also found a pair of dishes of this brand. Icelandic tastes are not fully clear to me yet. Work in progress.

    As we also respect this brand, I chose one item from Bolesławiec. Babushka candlestick. We gave it that name together. Its warm light keeps the white Scandinavian interior cosy. An absolute must have for long, dark, cold Icelandic evenings.

    Flea markets here are usually large halls filled with lamps, furniture, radio and household appliances, ceramics. You can wander around for hours, weaving forgotten stories of individual items in your head. My attention was drawn to the portrait of a mysterious young lady from the title photo. Such a snot, and already so many secrets in her, I thought. I was sure she had spotted me first, not the other way round. I didn’t buy the painting, letting her stare at all the customers. Old-fashioned monitoring, just right for this place. 

    For more interesting items, we also found an American vintage refrigerator. The one that the fashionable retro edition of SMEG is based on. Perhaps. There has always been a large flow of goods between America and Iceland. The flight from here to US takes only 5 hours. 

    Icelanders tend to decorate houses for Christmas in American style, richly and lavishly. But more on that soon.

    I invite you on a virtual tour of our store. Keep cool. Ciao. 

  • Podróż sypialnym

    Podróż sypialnym

    W dzień wolny od pracy wybrałam się promem do stolicy. Zaliczyłam wypasione centrum handlowe, w którym znalazłam sklep z markową odzieżą używaną. Super inicjatywa pomyślałam, jako że nowe ciuchy i inne sklepy w ogóle mnie już nie kusiły. Pełno adidasów z mojej ulubionej serii Gazelle, odzież skateboardingowych brandów, znalazłam nawet płaszcz Rainsa. 2 h spędziłam tam pocąc się w zimowej kurtce. Z lekkim bólem głowy, ale szczęśliwa, z łowami opuściłam butik. Wydałam około 220 ziko, a to co kupiłam ledwo mogłam unieść. Zahaczyłam jeszcze o księgarnię, w dziale dla dzieci znalazłam nową pozycję tłumaczącą fenomen koronawirusa (foto tytułowe). Wypada śledzić literackie trendy. Wszyscy wokół oczywiście w obowiązkowych maseczkach. 

    Później był polski sklep, jako że tata koleżanki potrzebował zaopatrzyć się w biały, pszenny chleb, za którym tęskni, prawie tak samo jak za ojczyzną. On 10 bochenków, ja tarte buraki, ekspedientki witały nas od drzwi, roześmianym dzień dobry, jak minął dzień, przy kasach zagadywały jeszcze intensywniej. Nie wiedziałam jak reagować, więc uciekłam. Polacy za granicą wydawali się przeszczęśliwi. W pobliżu moją uwagę zwróciło ciekawe gołębiowe graffiti. Gołąb polski lepszy niż orzeł na godle.

    Powrót na wyspę Heimaey, ze względu na wzburzone morze, odbywał się trasą trzy godzinną (normalnie płynie się 40 minut). Zamówilśmy kabinkę sypialną, która okazała się strefą specjalnych kojo do leżakowania, jako że buja fest. Utuliło mnie słodko do snu w tej dziwnej, ale i inspirującej przestrzeni. Trochę jak sardynki w puszce, a trochę jak przedszkolaki na leżakowaniu. Promy są jednak kul. 

    Pozdrawiam.

    English version:

    On the day off from work, I took the ferry to the capital city. There I went to a fancy shopping mall where I found a second-hand brand store. I thought it was a great initiative, as new clothes and other stores did not tempt me at all. Lots of sneakers from my favorite Adidas Gazelle series, skateboarding clothes, I even found a Rains coat. I spent 2 hours there, sweating in my winter jacket. With a slight headache, but happy, with the hunt, I left the boutique. I spent about 220 zloty, and what I bought I could barely carry. I also checked the bookstore, in the children’s section I found a new publication explaining the phenomenon of coronavirus (title photo). It is appropriate to follow literary trends. Everyone around, of course, was wearing the obligatory masks.

    Later there was a Polish grocery store, as my friend’s dad needed to stock up on the white, wheat bread he misses, almost as much as his homeland. He bought 10 loaves, I took grated beetroots, the shop assistants greeted us from the door, shared some good morning laughs, asked how was the day and at the cash registers, they talked even more intensely. I didn’t know how to react, so I ran away. Poles abroad seemed overjoyed. Interesting pigeon graffiti caught my attention nearby. Polish pigeon was more picturesque than the eagle on the national emblem.  

    The return to the island of Heimaey, due to the rough sea, took a three-hour route (normally 40 minutes). We ordered a sleeping cabin, which turned out to be a special bunk beds section, as it was a very wavy trip- an essential. I was lulled to sleep in this strange but inspiring space. A bit like canned sardines, and a bit like preschoolers resting. The ferries, however, are cool, I thought. 

    Best regards.

     

  • Strajk

    Strajk

    Żeby nie było, że sytuacja w ojczyźnie jest nam obojętna. Wydrukowane plakaty wiszą, mimo deszczu i porywistego, islandzkiego wiatru przy ulicy Stradvegur 77, Vestmannaeyjar. Tutaj chwilowo mieszkamy, a permanentnie wspieramy strajk kobiet i jebiemy PIS. 

    A poniżej to, co wspierają lokalsi.

  • Jesienny redyk

    Jesienny redyk

    Owce na Islandii widuje się często. Pola do wypasu mają nie lada. Te z głównej wyspy skubią trawę na tle wulkanów i lodowca, te tutaj, z Heimaey, na skalistych klifach z widokiem na ocean. Pytanie czy to, gdzie skubią ma na nie jakiś wpływ, pozostawiam otwarte, chciałam jednak odpowiedzieć na inne, które zaprzątało moją głowę od kiedy pojawiłam się na Vestmannaeyjar.

    Jak rzeczone owce dostają się na owe strome klify, i jak z nich schodzą? Czy żyją tam całorocznie, czy też kiedyś, i w jakiś sposób ich właściciele zbierają je ponownie? Słyszałam plotki o specjalnych helikopterach, które jakoby specjalizują się w owczym biznesie i pomagają hodowcom. 

    Jeśli faktycznie tak jest, to musi to wyglądać spektakularnie, myślałam do siebie, i kiedy tylko miałam okazję gapiłam się w okno, by za żadne skarby nie przegapić tego widowiska. 

    Prawdziwej odpowiedzi nie czekałam długo. Udało mi się zobaczyć cały spektakl z bliska. W jeden, z ostatnich słonecznych dni kiedy wybraliśmy się z Billim zdobyć klif Heimaklettur. Jako, że początek trasy jest super stromy, wspinaliśmy się (ja chwiejnie) z pomocą kilku drabin przymocowanych do skał, gdy wtem usłyszeliśmy krzyki w islandzkim języku. A oto cośmy zobaczyli. Nie polecam najmłodszym i najwrażliwszym widzom. 

    Helikopterów zatem nie było, były liny, wystraszone owce i gruboskórni Islandczycy w swoich wełnianych sweterkach. Poinformowali nas, że zdejmują tylko te najmłodsze, które wkrótce wylądują na ich stołach. Starsze zostają na klifach całą zimę, jako, że przez kojący wpływ oceanu na klimat, śniegu tu nie uświadczysz. 

    Kiedy nieśmiało spytałam, czy nigdy w ten sposób fizycznie nie uszkadzają owiec, odpowiedzieli, że nie i dziwnie się roześmiali. Czułam, że ich więź z tymi zwierzętami podlega innym kryteriom. Najstarszy z nich, blisko 90-tki, ponoć codziennie wspina się do swoich owiec dokarmiać je chlebem i rozpalać świece, odstraszające złe moce. I rzeczywiście, kilkakrotnie podczas nocnych spacerów po miasteczku, zaobserwowaliśmy ciepłe światło ognia wybijające się z ciemności klifu. Podobne ogniste przesądy można znaleźć w tradycji polskich redyków czyli uroczystych wyjść i powrotów pasterzy z wypasów owiec. 

    Rozbudzona tymi informacjami dokonałam kolejnego dziecinnego haftu, którego sens, jeśli w ogóle, uwidacznia się tylko na dużym zbliżeniu. Dla ułatwienia zestawiam ze zdjęciem inspiracyjnym. 

  • Czym jest maskonur?

    Czym jest maskonur?

    Jednym z plusów mieszkania na małej wyspie jest codzienny widok oceanu i skalistych klifów, który uspokaja i relaksuje wzrok. Świat trwa mimo wszystko, wiatr wieje mocno, dając odczuć na własnej skórze, że my też. Odchodzi w chwilowe zapomnienie obecnie skłopotana sytuacja epidemiologiczna i polityczna ojczyzny.

    Na islandzkim Heimaey, w tej dramatycznej scenerii ma swój dom największa na świecie kolonia atlantyckich maskonurów. Lokalna turystyka tym właśnie ptakiem stoi. Znaki wskazujące drogę do głównych atrakcji na wyspie mają kształt głowy maskonurów, w siedzibie SeaLife Trust można wybrane osobniki dokarmiać i głaskać, znajduje się tu też pięknie wkomponowane w krajobraz obserwatorium (foto tytułowe), a logo hotelu, w którym pracuję dla odmiany przyjęło formę maskonura. Zdaje się, że można było też zjeść je w niektórych tutejszych restauracjach, świat przewrotnym jest. 

    Wpadłam zatem i ja w sidła maskonuro-manii. Kto nigdy nie widział tego ślicznego stworzenia, które przypomina miniaturowego, barwnie umalowanego pingwinka, niech mnie nie ocenia. Dodatkowo dumnie stoi wyprostowany na swoich pomarańczowych, płetwokształtnych nóżkach wczepiony w dramatyczną scenerię klifu, a w locie zalotnie, szybciutko trzaska małymi skrzydełkami.  Nie da się pozostać obojętnym na te wdzięki.

    Pierwsze co nabyłam, to dyskretna przypinka w wiadomym kształcie. Później wcisnęłam temat maskonura w moje hafciarskie próby. Przez ponad tydzień wspólnie składaliśmy puzzle z ptasim motywem, aż w końcu wzięłam udział w tradycyjnej na wyspie procedurze ratowania młodych. Tutaj, przez cały miesiąc sierpień, gdy tylko zapada zmierzch na ulice wypełzają ludzie, wszelkich maści i kategorii wiekowych, pieszo i samochodami, z kartonowymi pudełkami w dłoniach. Jest to lokalne pogotowie maskonurowe. Odkarmione młode maskonury, nieobyte w sztuce latania podejmują swoje pierwsze próby dotarcia do oceanu. Oślepione światłami miasta często spadają zamiast do wody, w teren zabudowany, a że nie umieją jeszcze wzbijać się do lotu, mieszkańcy Heimaey wyciągają do nich pomocną dłoń. Zgarniają je z ulicy, pakują do pudełek, ważą i mierzą, by stale kontrolować liczebność populacji, a następnego dnia, na jednym ze skalistych klifów zwracają wolność. 

    Zacna to tradycja pomyślałam jako świeżak, kiedy po raz pierwszy, nie bardzo wiedząc, co się dzieje, zobaczyłam samochód terenowy zbliżający się do krawędzi wyspy, gdzie ja akurat usilnie szukałam szlaku wędrówkowego. Z auta wysiadła cała rodzina, od dziadków, przez rodziców po dzieci. Te najmłodsze dzierżyły pudełka. Z wyczuciem i uśmiechem na twarzach wyrzucały kolejne maskonury w stronę wody. Wszyscy głośno o czymś rozprawiali. Kiedyś, jako dorośli, z rozrzewnieniem będą wspominać te momenty bliskości z naturą i z sobą nawzajem. 

    Miałam i ja to szczęście, wyrzucić swojego maskonura w morze. Pomyślałam nawet życzenie. A co!

    IMG-7255
  • Oddech oceanu

    Oddech oceanu

    Zastanawialiście się kiedyś co świadczy o witalności oceanu? Wydaje mi się, że ostatnio zbliżyłam się o jeden mały kroczek do tajemnicy tej otchłani. I to dzięki Islandii. Może się łudzę, ale czy takie złudzenia nie są okej?

    Vestmannaeyjar czyli nasz obecny dom to Islandia w pigułce. Główna wyspa Heimaey, sama pochodzenia wulkanicznego, na swym grzbiecie nosi dwa wulkany, jeden już wygasły, drugi nadal aktywny.

    I choć jest to miasteczko w dużym stopniu industrialne, a przemysł wyspy koncentruje się wokół przetwórstwa rybnego, to znalazło się tu także miejsce dla pierwszego na świecie sanktuarium wielorybów. Świat jest pełen sprzeczności.

    Zrządzeniem losu, zostałam zaangażowana w sprawy tych niezwykłych ssaków.

    Pracuję w recepcji głównego hotelu na wyspie. Jako, że gości w tym dziwnym okresie jest coraz mniej, zgłosiła się do nas organizacja Sealife Trust z zapytaniem o pomoc przy wielorybniczym projekcie. Moim zadaniem stało się podglądanie nocnego życia dwóch ocalonych z szanghajskiego cyrku bieług, które są pierwszymi, stałymi rezydentkami utworzonego w zatoce wyspy sanktuarium. Mowa tu o Little Grey i Little White. Imiona te są sprzeczne z ich realnymi rozmiarami. Jeśli komuś temat ciężkiego losu zwierząt jest bliski, polecam dokument o wielkiej operacji logistycznej, jaką było przetransportowanie tych ssaków z Chin na Islandię pt. “John Bishop’s Great Whale Rescue”.

    Moja prywatna relacja z tymi stworzeniami, którą nawiązałam niechcący, a zarazem z przymusu, nie ma wiele wspólnego z wielką akcją ocalania zwierzęcego świata. Przywiązałam się do nich intymnie, jak do wirtualnych sióstr. Obie są płci żeńskiej i pozwalają mi oglądać siebie na obrazach płynących z kamer, umieszczonych w wietrznej zatoce klifu Heimaklettur. Najlepiej widać je jednak za dnia, ze szczytu klifu. Ich białe grzbiety falują miarowo w błękitnej wodzie zatoki (patrz tytułowe foto). 

    Ja wytresowałam swój wzrok do wychwytywania ich miarowych oddechów, a właściwie piany, którą nimi wytwarzają, na nocnych wizjach z kamer i mimowolnie się zahipnotyzowałam.

    Często zatem łudzę się czy w taki właśnie sposób namacalnie oddycha ocean? Moje zmęczone oczy zdają się podpowiadać, że tak. Ale czy ocean w ogóle potrzebuje powietrza? Wieloryby napewno. Siedzę w ciemnym i dusznym kantorku recepcji i gdybam, jak taką wielorybniczą regularność i spokój wprowadzić w ludzkie życie? Wdech i wydech. Co 25 minut jak bum cyk cyk. I po co komu taka rytmiczność potrzebna? Czy ona zbliża człowieka do tej słynnej równowagi? Wizja się rozpływa, a ja przecieram niewsypane oczy. Zapisuję 1:46- two whales; camera 01. Pytania, jak zwykle nie mają końca.

    Dajcie się zahipnotyzować. 

  • Ogień

    Ogień

    Być na Islandii i nie stanąć na wulkanie, to jak cogito ergo bez sum. Archipelag Vestmannaeyjar, nasz aktualny dom, wykształtował się około 12 tysięcy lat temu właśnie na skutek podwodnych erupcji wulkanicznych. Chodzenie ulicami miasteczka to zatem stąpanie po stosunkowo niedawnej ognistej historii. Znajdujemy się w tzw. południowo islandzkiej strefie wulkanicznej, na którą składa się blisko 80 podwodnych i naziemnych wulkanów. Mamy tu 15 wysepek, najmłodsza z nich Surtsey, powstała w 1963 roku w wyniku trwającej 4 lata erupcji podwodnego wulkanu. Jest pod stałym nadzorem naukowców, którzy na jej przykładzie próbują rozwikłać tajemnicę powstania świata. Powodzenia.  

    Wybuch, który skierował oczy świata na te islandzkie wysepki odbył się w 1973 roku i trwał 155 dni. Mowa tu o erupcji wulkanu Eldfell. Jednego z dwóch znajdujących się na wyspie Heimaey, jedynej zresztą zamieszkanej spośród całego archipelagu. Tenże szkodnik zdołał powalić wiele budynków mieszkalnych, tym samym powodując wielomiesięczne przymusowe opustoszenie wyspy. Szczęśliwym trafem, wybuch, choć niespodziewany, nie pochłonął ludzkich istnień. Mówi się szeptem o jednym pijaku, który ponoć wykradał lekarstwa z magazynu lokalnej apteki i nikt nie odnalazł biedaka na czas. Karma. Jako, że pogoda w przeddzień wybuchu była mocno sztormowa, rybacy pozostawili swoje łodzie w porcie, nie wybrali się na połowy, co niesamowicie usprawniło szybką ewakuację ludności. Pomagały także samoloty. Ludzie w popłochu zabierali tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zanim zdołano wstrzymać nieustanny wylew lawy, używając w tym celu blisko siedmiu bilionów litrów słonej, morskiej wody, około 1/5 miasta została zniszczona. Zapis wszystkich tych wydarzeń, a nawet wejście do jednego z odkopanych domostw jest możliwe w muzeum Eldheimar. Warto. 

    Pierwszego listopada można tu zatem spędzać specyficznie. Maszerując po cmentarzysku domów. Na naniesionych przez wulkan kamieniach zaaranżowano granitowe tabliczki, które informują przechodniów, po jakim domu aktualnie deptają. Można zobaczyć nazwy ulic, odczytać imiona byłych mieszkańców, dać się ponieść historycznej wyobraźni, a wszystko to w labiryncie wulkanicznych skał i jesienniejącej zieleni. Przyjemny to listopadowy spacer w iście islandzkim, ognistym stylu, szczególnie kiedy w ojczyźnie wszystkie cmentarze szczelnie zamknięte epidemią. Palimy świece tutaj, zadumy nigdy dosyć. Wyspa w wyniku wybuchu zwiększyła swoją powierzchnię o blisko 2 km2. Terenów do zamyślonych spacerów nie zabraknie dla nikogo. 

  • Słodko-gorzka Islandia

    Słodko-gorzka Islandia

    Salon mieszkania przy ulicy Strandvegur 77, wyspy Vestmannaeyjar, Islandia.
    Dzień wolny od pracy poświęciłam klasycznie, jak na prawdziwą, ale i nowoczesną panią domu przystało, porządkom, kiszeniu zakwasu na barszcz, jodze, organicznym zakupom i popijaniu ziołowych naparów. Teraz kiedy piszę, klawiatura przybrudza się pozostałościami gorzkiej czekolady, która ukryła się na wewnętrznej stronie mojej dłoni i przypomina, że słodycz, choć ta o gorzkim posmaku, trafnie odbija stan umysłu, w który wprowadza Islandia.

    Słodycz miejsc.

    Swoją pierwszą islandzką przygodę zawdzięczam potędze silnika, niewiarygodnie zautomatyzowanej Kia Sportage, którą udało mi się po kosztach, jak rozumiem związanych z obniżonym koronawirusowym popytem, wypożyczyć w Rejkjaviku. Pewnymi dłońmi objęłam kierownicę i wyruszyłam wśród dymiących gejzerów odebrać Billiego, z promu z wysp Vestmannaeyjar. Jechałam wartko i w rytmie Cumbii, a Billy, jak to stary globetrotter, otworzył przede mną cały wachlarz islandzkiej różnorodności krajobrazu. Chcecie doświadczyć lokalnego piękna w całej krasie, nie przedawkować, a pozostać z tym słynnym, słodkim niedosytem w ustach? Zgłoście się do niego.

    Widziałam zatem wspaniałe wodospady, przenikające przez tęczę, kaniony o roślinności, której zieloność parzyła oczy, wielkie równiny pokryte tufem wulkanicznym, czarne plaże Viku, polodowcowe skalne ostańce, dym gejzerów, a ponadto gorąco wód termalnych w otoczeniu zapachu lodowca. Jak komuś mało to dokładam surrealizm naturalnej lodowej galerii utworzonej na jeziorze Jökulsárlón, który rozłożył mnie na łopatki.

    Blachy i kontenerowce.

    Żeby nie było tak pięknie, to noc spędziliśmy w kontenerze obudowanym drewnem. To typowy islandzki dowód przedsiębiorczości, tutaj bowiem każdy właściciel lepszego kawałka ziemi dokłada swoje dwa blaszaki do turystycznego biznesu.

    Poranek, z okienka zaserwował jednak zatrważający widok gór, wystrzępionych i skalistych, a wyłaniających się z czarnego wulkanicznego piasku. Ten piasek z kolei formował się w niezwykłe wydmy. Deptaliśmy po nich ile wlezie. Był miękki, ciepły i przyjemnie skrzypiał. Był też miejscem ostatniego spoczynku kilku dziwnych gatunków ptaków. Jak umierać to tylko w takich okolicznościach, pomyślałam zazdrośnie.

    Jako, że jesteśmy wielbicielami wód termalnych i się tego nie wstydzimy, dotarliśmy w miejsce, niczym z amerykańskiego Wild Wild West. Na środku pożółkłego stepu, inny przedsiębiorczy Islandczyk, wystawił swój blaszak, a pośród kamieni sprytnie zaaranżował 5 plastikowych wanien wypełnionych kojącą wodą z wnętrza ziemi. Nurzaliśmy się w niej w pełnym słońcu, spoceni i szczęśliwi.

    Na tej wycieczce zjadłam najlepsze w swoim życiu fish&chips, w scenerii jeziora polodowcowego, a wieczór wcześniej pyszne langusty z grilla. Jeśli jeść ryby, to tylko tutaj. Dbamy o swoje podniebienia. Więcej o kuchni i naszych wyczynach, będziecie mogli systematycznie czytać w dziale jedzenie. Ukłony.

  • O Reykjaviku!

    O Reykjaviku!

    Park Klambratun, Reykjavik

    Noi jestem. Islandzka przygoda-czas start. Dotarcie tutaj vanem jest skomplikowane i kosztowne. Dlatego dajemy odpocząć maszynie na polskim parkingu i tym razem, jakkolwiek niechętnie, podróżujemy drogą lotniczą. Choć wydawałoby się, że samolot linii WizzAir początkowo nie chciał dotykać islandzkiej ziemi, i jak poparzony tuż przed lądowaniem w Keflaviku poderwał się ponownie w górę, by wreszcie zakołować 15 minut później, w końcu jestem. Inspektorzy zdrowia w maskach i fartuchach odrazu przeszli do rzeczy i wtykali swoje podłużne papierowe patyczki wgłąb mojego nosa i gardła, sprawdzając czy nie wwożę na wyspę, oprócz dużej dozy ekscytacji, także choćby małej dawki wirusa. Kazali siedzieć 5 dni na kwarantannie zanim zechcą zbadać po raz wtóry i ewentualnie zezwolić na frywolne funkcjonowanie. Mimo tego z uśmiechem rozdziawiałam paszczę i poddawałam się grzecznie wszystkim procedurom, wiedząc, że oto wreszcie jestem na obcej ziemi, że niedługo zobaczę Billy i wspólnie rozpoczniemy nowy rozdział życia o roboczym tytule Islandzka przygoda. 

    Odtąd codziennie z naiwnością dziecka, uważnie obserwuję wszystko, co mnie otacza, by w ten sposób weryfikować i poszerzać swoją wiedzę o tym kraju. Pomaga mi w tym książka pt. “Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii”, podarowana wraz z pięknym, minimalistycznym naszyjnikiem, dla otuchy w nowej podróży, przez moją przyjaciółkę. Wielkie dzięki. Książka w wyśmienitym, surowym stylu trafnie opisuje specyfikę tutejszej mentalności. Ta wiedza, poszerzona o opinie Polaków, przypomnę, że jesteśmy największą mniejszością narodową na Islandii, pozwala mi powoli budować mój prywatny obraz wyspy. 

    Wiem już, że sprowadzenie psa na Islandię (dla mnie istotna sprawa), jest drogie oraz drogą przez mękę. Czterotygodniowa kwarantanna w specjalnym ośrodku na własny koszt, stres psa, dodatkowe opłaty za przelot, jako że nie wszystkie linie lotnicze akceptują zwierzęta na pokładzie. Na ten moment zmuszona jestem odmówić, podziękować i tęsknić. Podług polskiego kierowcy, który para się przewozem rodaków z lotniska do Reykjaviku i spowrotem, psy lokalne mają charaktery właścicieli, tj. są zimne i ostrożne w kontakcie. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika jednak, że pieski na ulicach dość dzielnie merdają ogonkami, a ich właściciele pomimo niskiej temperatury, w krótkich rękawach cieszą się ostatnimi promieniami letniego słońca. Ja oglądam ich w grubym polarze i z dobitnym odczuciem chłodzącej mocy wyspiarskiego wiatru. 

    IMG-7149

    Odbyłam zatem sobotni, wieczorny spacer po centrum Reykjaviku. Saturday night fever ma się rozumieć. Odniosłam wrażenie, że młode pokolenie jest żwawe, pobudzone i dobrze ubrane. Wszyscy na elektrycznych hulajnogach, które i w moim rodzinnym Krakowie cieszą się już dużą sławą. Nie dziwie się, to tani i efektowy sposób przemieszczania się po wiecznie zakorkowanych miastach. Ze wszech stron otacza mnie społeczność w typie skandynawskim, o wysokim poczuciu smaku i stylu, dużo sklepów z dizajnem i kawiarnie z antykami. Reykjavik Roasters to jedna z bardziej hipsterskich miejscówek w mieście. Pełno tu starych mebli z drewna i staromodnych zestawów wypoczynkowych, poustawianych w białych, odrapanych ścianach. Na polecenie barmanki zamówiłam przelew w oczekiwaniu na otwarcie Hillgrimskirkja, kościoła w imponującym stylu górującego nad całym miastem. W środku ascetycznie i biało, jak na luteran przystało. Wzrok przykuwają monumentalne, metalowe organy, wyobrażam sobie, że w tej przestrzeni muszą grzmieć ze zdwojoną mocą.

    W parkach moda na gry zespołowe, rzut frisbee oraz kubb. Ta ostania to zdaje się odmiana francuskiej petanki tyle, że rzuca się drewnianymi kołkami. Mam też nieśmiałe wrażenie, że pełno tu dziwaków, samotników, odszczepieńców. Do parku jak. gdyby nigdy nic wjeżdża starszawy pan, na czerwonym skuterku, w bejsbolówce, dźwiękami głośnej islandzkiej muzyki zagłuszając przyjemną ciszę tej przestrzeni. Objeżdża cały park wokoło, patrzy wszystkim głęboko w oczy, jedną rękę zawadiacko trzymając w kieszeni. Po chwili zmienia piosenkę i zatacza kolejne koło. Zdaje się, że jego fenomen zastanawia tylko mnie, nikt inny nie zwraca na niego zbytniej uwagi. A chociaż Polaków miało być od groma, od wczoraj na ulicach słyszę tylko islandzki. Gdzie i dlaczego się ukrywacie rodacy?-pyta moje patriotyczne serce.